Biwak na skale

Sierpień 2017, połowa wakacji już za nami. W głowie zmęczonej pracą i codziennym życiem rodzi się pomysł – rzuć wszystko i jedź, spełnij jedno z marzeń. Tylko które? Nie zastanawiałem się długo i na cel obrałem sobie norweski górski tryptyk: Preikestolen – Kjerag – Trolltunga.

Cel już jest, teraz pozostaje tylko skompletować ekipę. Pierwsze osoby znalazły się jeszcze tego samego dnia – Radek i Paula. Poznaliśmy się na facebookowej grupie „Podróżnik/Podróżniczka poszukiwani” (dzięki której przeżyliśmy niezapomnianego sylwestra w Chorwacji). Tam postanowiliśmy szukać pozostałych dwóch osób. Nie trzeba było długo czekać i do naszej paczki dołączyły Monika i Lucyna.

 Dzień pierwszy – nie tak miało być!

Po długim czasie przygotowań, gromadzenia sprzętu i zapasów nadszedł w końcu ten dzień! 25 sierpnia wylatujemy z Warszawy do Oslo. Zgodnie z planem spotykamy się na lotnisku Chopina w Warszawie (większa część z nas widzi się pierwszy raz). Wszyscy są punktualnie, lecz pojawia się pierwszy problem. Nasze bagaże rejestrowane są zbyt ciężkie, w dodatku w jednym z bagaży rozbiła się butelka mołdawskiego wina, uszkadzając przy tym boczną ścianę torby podróżnej.

Po przełożeniu części rzeczy do bagaży podręcznych udało nam się wejść na pokład samolotu na czas i po ok. 2 godzinach lotu byliśmy już na lotnisku w Oslo. Pozostało tylko wypożyczyć wcześniej zarezerwowany samochód i ruszyć w trasę. Niestety tutaj pojawia się kolejny problem. Samochód stoi przed budynkiem wypożyczalni, piękny, nowy, świeżo umyty. Niby wszystko się zgadza, lecz już po wejściu do środka wiedzieliśmy, że daleko nim nie zajedziemy. Zarezerwowaliśmy auto z manualną skrzynią biegów, a otrzymaliśmy hybrydę w automacie. Po kilku próbach jazdy stwierdziliśmy, że jedyną opcją na dalszą podróż jest zamiana samochodu. Na szczęście biuro okazało się bardzo pomocne i chwilę później odjechaliśmy nową astrą combi.

Kolejnym przystankiem był sklep Jula, gdzie planowaliśmy kupić kartusze do kuchenki gazowej i rozpałkę na ognisko. Szczęście jednak dalej nas nie opuszczało. Pomimo, że dzień wcześniej sprawdziliśmy dostępność kartuszy w wybranych sklepach, na miejscu już ich nie było. Przeczesując sklep po sklepie powoli traciliśmy nadzieję na ciepłą herbatę i gorące posiłki. Jednak nie poddawaliśmy się i wydłużając trasę o 40 km, w końcu zdobyliśmy wszystko co nam potrzebne. Jeszcze tylko chwilowy postój nad spotkanym po drodze jeziorku i z pełnym spokojem mogliśmy kierować się w stronę Lysefjord.

Trasa biegła przez takie miejscowości jak: Larvik, Porsgrunn, Dalen czy Rysstad. Zachwycaliśmy się każdym kilometrem, gdzie góry przeplatały się z jeziorami, gdzie za każdym zakrętem znajdowała się baśniowa kraina. Byliśmy zachwyceni pięknem krajobrazu, a to był dopiero początek wyprawy. Z powodu zamieszania z samochodem i zakupami mieliśmy kilku godzinne opóźnienie. Spory odcinek drogi przewidzianej na ten dzień musieliśmy jechać w nocy.  W Nomeland zjechaliśmy z głównej drogi i wjechaliśmy na bardzo wąską 70 km górską dróżkę, która miała nas doprowadzić prosto pod Kjerag. Była tak wąska, że mieścił się na niej tylko jeden samochód. Żeby kogoś wyminąć należało się niemalże zatrzymać lub zjechać do zatoczki. Wymijanie nie było jednak potrzebne, gdyż przez półtorej godziny drogi nie spotkaliśmy na odcinku żadnego człowieka. Nie można jednak powiedzieć, że droga nie była „ruchliwa”. Natknęliśmy się bowiem na setki owiec, które urządziły sobie z asfaltu legowisko.

O ile część z nich grzecznie schodziła z drogi, to pozostała część ani myślała o jakimkolwiek ruchu, nawet podczas interwencji Pauli (która próbowała je przegnać). Po drodze znaleźliśmy mnóstwo idealnych miejsc na rozbicie namiotów, lecz z powodu obecności owiec, w obawie o sprzęt rozbiliśmy się dopiero przy końcu trasy. Późna godzina nie pozwoliła nam na rozpalenie ogniska. Szybka kolacja, ciepła herbata i ok. 24:00 wszyscy już spali.

Dzień drugi – będą boleć nogi

Gdy się rozjaśniło ujrzeliśmy piękno miejsca naszego biwaku. Namioty znajdowały się tuż przy sztucznym jeziorze, 20m od zapory ziemnej. Poranek był bardzo chłodny, termometr w samochodzie wskazywał 4 stopnie. Śpiwory i ciepłe ubrania się sprawdziły, każdy był wyspany i gotowy do drogi.

Do parkingu, z którego zaczyna się trasa na Kjerag mieliśmy jeszcze 30 minut, więc nie tracąc czasu ruszyliśmy w drogę. Na miejscu zapakowaliśmy to, co najważniejsze (jedzenie i wodę) i chwilę później byliśmy już na szlaku. Szlak jest dosyć krótki, ale nie należy do najprostszych. Są 3 podejścia, dosyć strome. Idzie się po skałach, które są bardzo śliskie, więc trzeba uważać na każdy krok. W wyjściu pomaga duża liczba łańcuchów dlatego warto zaopatrzyć się w dobre rękawice. Końcowy odcinek jest wyjątkowo przyjemny, gdyż pod samą skałę Kjerag bolten idzie się po prostym.

Wyjście zajęło nam około 3h. Na miejscu tłumy ludzi ustawionych w kolejkę do robienia zdjęć na słynnej skale, również nasi rodacy z Warszawy. Kilkadziesiąt minut w kolejce i w końcu można sobie zrobić fotkę na skale nad kilometrową przepaścią. Nie każdy jednak się na to odważył. Byli tacy, co wchodzili na czworaka, inni bardziej odważni wchodzili na stojąco. Jednak każdego kto tam stanął łączyło jedno – miękkie, trzęsące się nogi, strach w oczach i duma, że podołał. Spędziliśmy tam jeszcze godzinę podziwiając widok fiordu, po czym ruszyliśmy w stronę parkingu. Zejście zajęło nam tylko 2,5 h. Po drodze napełniliśmy puste butelki wodą ze strumyka.

To nie był koniec chodzenia na ten dzień. W planie mieliśmy jeszcze wyjście na znajdujące się po drugiej stronie fiordu Preikestolen. Żeby tam się dostać trzeba objechać od południa cały fiord, pokonując trasę 130 km wąską, krętą drogą przez góry. Nie zabrakło również naszych ulubionych owiec, które często czekały na nas za zakrętem.  Byliśmy zmuszeni jechać bardzo wolno, więc na miejscu byliśmy dopiero po 3h. Wolna jazda sprzyjała podziwianiu widoków za oknem. Z miejscowości Lauvvik do miejscowości Oanes przeprawiliśmy się promem, który odpływa co godzinę i płynie mniej niż 10 min.

Gdy dotarliśmy na parking pod Preikestolen było już późno. Zostało ok. 2 godzin do zachodu słońca.  Z racji, że cała trasa w jedną stronę zajmuje 2 godziny, a w planie było rozbicie namiotu na środku skalnej ambony musieliśmy się bardzo śpieszyć. Stąd padła decyzja by się rozdzielić. Część osób poszła przodem ze sprzętem, a pozostali którzy mieli gorszą kondycję zostali z tyłu. Każdy miał własną czołówkę, na wypadek gdyby się ściemniło. Szlak nie był trudny, szło się w większości po ułożonych kamieniach lub drewnianym podeście. Co prawda żadne z nas nie zdążyło na zachód słońca, ale było na tyle jasno, że bez problemu rozbiliśmy namiot i przygotowaliśmy kolację. Nie tylko my wpadliśmy na pomysł by spędzić tam noc. Obok nas spali Hiszpanie, trochę dalej Niemka, a dalej dwie studentki z Polski. Noc była znacznie cieplejsza od poprzedniej – a może to my się już przyzwyczailiśmy?

Dzień trzeci – na rybach

O poranku czekała nas bardzo miła niespodzianka – zapierające dech w piersiach widoki i bajeczny wschód słońca. Pogoda idealna, ludzi praktycznie brak – czego chcieć więcej? Spędziliśmy tam dwie godziny, delektując się krajobrazem, mam wrażenie, że żadne z nas nie chciało stamtąd wracać. Około godziny 8 dołączył do nas podróżnik z Polski, który od jakiegoś czasu jest w trasie po Europie. Kobieca część ekipy zauroczona wdała się z nim w dyskusję, natomiast ja z Radkiem postanowiliśmy wyjść wyżej. Nie było to łatwe, gdyż nie ma tam wyznaczonego szlaku i czasem nie wiadomo którędy iść. W kilku miejscach trzeba się wspiąć, w kilku zejść, aż w końcu dochodzisz do miejsca z którego widać całą ambonę na tle fiordu.

Gdy wróciliśmy pod namioty zrobiło się już bardzo tłoczno. Zdążyliśmy się pozbierać w ostatnim momencie. W oddali było widać nadciągające tłumy turystów zmierzających na skałę. Schodząc w stronę schroniska byliśmy w szoku mijając setki, a może i tysiące ludzi z całego świata i w każdym wieku. Najbardziej zaszokowała nas młoda Matka, która niosła ze sobą niemowlaka, przyczepionego do klatki piersiowej.

Na ten dzień to był koniec wysiłku. Kierowaliśmy się w stronę Siøen, gdzie czekał na nas położony nad Sauda fiordem  domek letniskowy. Dziewczyny zabrały się za przygotowywanie posiłku, a mężczyźni poszli złowić kolacje. Niestety pogoda nie sprzyjała połowom. Zerwał się silny wiatr, fiord pokryły fale, a ryby się pochowały. Po dwóch godzinach czekania odpuściliśmy i zdaliśmy się na łaskę dziewcząt, które oczywiście nie zawiodły i przygotowały ogromny garnek spaghetti. Jeszcze tylko upragniony prysznic, kieliszek cytrynówki i w końcu mogliśmy się wyspać.

Dzień czwarty – My nie damy rady?

Prognoza pogody nie wróży nic dobrego. Ulewne opady deszczu do południa, a w planie trekking na język trolla. Nie pozostało nam nic innego jak tylko zmienić plan. Postanawiamy wyruszyć na trasę o 13:00 i spędzić noc obok słynnej skały. Po drodze na parking przystajemy na chwilę obok wodospadów by zrobić kilka zdjęć.

Dojechaliśmy na miejsce. Deszcz, który według prognozy miał dawno ustąpić, nadal pada. Ruszamy z nadzieją, że niebawem się wypogodzi. Jesteśmy dobrze przygotowani. Nieprzemakalne kurtki, buty, deszczówki i pokrowce na plecaki robią swoją robotę. Jedyne co nam doskwiera to silny wiatr i chłód. Początek trasy  jest dosyć ciężki. Na początek strome podejście pod parking, na który wpuszczają tylko o 7 rano. Dalej chwilę prostego i kolejne duże podejście, które zabrało nam bardzo wiele sił (ciężkie plecaki i fatalna aura dawały nam mocno w kość). To jednak ostatnie większe wzniesienie, dalej już tylko prosto. W połowie trasy pogoda znacznie się pogorszyła. Wiatr był coraz silniejszy, temperatura zdawała się ciągle spadać. Tylko zapaleńcy idą w góry w taką pogodę. My się jednak do nich zaliczamy i na przekór wszystkiemu kierowaliśmy się do celu. Pracownik ratownictwa, który pełnił dyżur w chatce ratunkowej wyszedł do nas, aby upewnić się czy mamy odpowiedni sprzęt i ostrzec o silnej wichurze, która miała być w nocy.

Został tylko kilometr, jeszcze kilka metrów i już widać język. Dotarliśmy – możemy w końcu odetchnąć. Na miejscu jest tylko kilka osób, które też przyszły spędzić tam noc. Jeszcze tylko kilka zdjęć przed zachodem słońca i czas szukać miejsca na nocleg. Nie było łatwo. Wiało bardzo mocno, a wszystkie najlepsze miejscówki już zajęte. Znaleźliśmy płaskie miejsce, osłonięte od strony wiejącego wiatru. Rozłożenie namiotu nie było proste. Mało brakło i nasze dziewczyny odleciałyby z wierzchnią narzutą. Szpilki nie wystarczały, byliśmy zmuszeni przywiązać namiot do większych kamieni. Po kilkudziesięciu minutach zmagania się z żywiołem udało się. Ze względów bezpieczeństwa spaliśmy niczym sardynki tylko pod jednym namiotem. Noc nie była spokojna. Namiot uginał się pod naporem wiatru we wszystkie strony. Część osób smacznie spała, lecz niektóre osoby nie zmrużyły oka czekając na koniec.

Dzień piąty – Przeżyliśmy !

O poranku wiatr się nieco uspokoił, nadal padało więc nie mogliśmy liczyć na dobre zdjęcia przy wschodzie słońca. Normalnie spędzilibyśmy tam kilka godzin, jednak byliśmy zmarznięci, a cały sprzęt był przemoczony. Jak tylko się trochę bardziej rozjaśniło ruszyliśmy w drogę powrotną.

Deszcz już nie padał więc powrót był znacznie prostszy i zajął nam niecałe 4 godzin. To niestety już koniec trekkingu, w planie pozostało już tylko zwiedzanie Oslo. Tak więc kierujemy się w stronę stolicy, co zajmuje nam około 6 godzin. Na miejscu czekają na nas wygodne łóżka w jednym z hosteli. Niektórzy z nas mogą się w końcu wyspać.

Dzień siódmy – wszystko się kiedyś kończy

W ostatni dzień chcieliśmy zwiedzić kilka miejsc w stolicy. Czasu było mało, gdyż samochód musiał być oddany przed 13:00.  Dlatego planowaliśmy wstać z samego rana, co niestety się nie udało. Do wyjazdu byliśmy gotowi dopiero o 9:00 i ruszyliśmy w stronę twierdzy Akershus. Na miejscu natknęliśmy się na mały problem. Nie było gdzie zaparkować. Po kilkunastu minutach jeżdżenia w kółko postanowiliśmy odpuścić i jechać prosto na lotnisko.

Autor: Mariusz Syrek