Te Araroa – trawers Nowej Zelandii

Pomysł przejścia jako pierwszego w życiu długiego dystansu Te Araroa przyszedł spontanicznie. Mówiono o nim, że jest bardzo trudny, tym bardziej więc kusiło – ewentualna porażka byłaby mniej dotkliwa, jeżeli nastąpiłaby na szlaku, który kończy zaledwie kilka osób rocznie. Liczącej 3353 km trasy przede mną nie przeszedł jeszcze żaden Polak. Wędrówka zajęła mi 150 dni: od 24 października 2015 do 21 marca 2016.

Te Araroa, szlak, którego nazwa po maorysku oznacza długą drogę, trawersuje obie wyspy Nowej Zelandii. Początek szlaku znajduje się pod latarnią morską na przylądku Cape Reinga.

Pierwszy odcinek wiedzie piaszczystą plażą, na której rytm wędrówki wyznaczają oceaniczne pływy. Dalej był pas niskich lecz stromych gór, porośniętych bujnym lasem deszczowym, pełnym błota, lian i szorstkich paproci.

Wschodnie wybrzeże pokonuje się w bezpośredniej bliskości oceanu. Kilkakrotnie trzeba się przeprawić przez błotniste estuaria, możliwe do przejścia jedynie w porze najniższego odpływu.

Środkowa część Wyspy Północnej zdominowana jest przez nie kończące się pastwiska, z rzadka przerywane płatami mrocznego buszu.

Pełen czynnych wulkanów, fumaroli – dymiących siarką otworów, turkusowych jeziorek Park Narodowy Tongariro Te Araroa przecina prowadząc na szczyt Red Crater (1886 m npm).

Na odcinku 150 kilometrów Te Araroa przestaje być szlakiem pieszym, a zamienia w spływ kajakowy rzeką Whanganui. Na progach i bystrzach łatwo o wywrotkę, dlatego spływ jest dozwolony tylko w grupie. Wspominam ten odcinek jako jeden z najbardziej ekscytujących, a także najładniejszych, bo rzeka wije się w soczystym, zielonym buszu, wrzynając się w dolinę i tworząc urwiste brzegi.

Góry Tararua to kolejne wyzwanie – są strome, poprzecinane głębokimi dolinami, a ich szczyty porastają trawy i tylko z rzadka spod darni wyłaniają się nagie skały. Z najwyższych punktów można dostrzec Wyspę Południową.

Przeprawa na nią przez Cieśninę Cooka odbywa się na pokładzie promu. Dalsza wędrówka zaczyna się na półwyspie, którego wyrzeźbione przez lodowiec brzegi przypominają norweskie fiordy. Zaraz potem rozpoczyna się wędrówka przez Alpy Południowe. Łańcuch pełen głębokich dolin i stromych zboczy, pokrytych osuwającymi się piargami ciągnie się wzdłuż całej Wyspy Południowej.

Wschodnia część Alp Południowych, osłonięta przez najwyższe szczyty, to tereny przypominające półpustynie, mimo to często trzeba było iść korytem strumienia. Trudność stanowi też brak widocznej ścieżki – trzeba wypatrywać niewidocznych w wysokiej trawie pomarańczowych słupków, wyznaczających przebieg szlaku.

W połowie Wyspy Południowej drogę przecięły mi doliny wielkich lodowcowych rzek, Rakai i Rangitaty. Te Araroa nie zachowuje tam ciągłości – ze względu na trudność przeprawy przejście tych rzek nie należy do szlaku. Rakaię ominęłam autostopem, Rangitatę natomiast udało mi się pokonać w bród.

Najwyższy punkt na szlaku to Stag Saddle, przełęcz licząca 1925 m npm. Dalej był rozległy obszar polodowcowych jezior. Po kolei zostawiłam za sobą Lake Tekapo, Pukaki, Ohau, dalej Hawea i Wanaka.

Na ostatnim etapie Te Araroa skierowała się ku nieco niższym górom Takitimu. Busz nie miał tam wysokogórskiego charakteru, za to dużo było torfowisk. Tam musiałam skonfrontować się z jesiennym załamaniem pogody.

Wreszcie dotarłam do morza, a po dwóch dalszych dniach do Bluff, gdzie na skalistym półwyspie wrzynającym się w ocean kończy się szlak Te Araroa. Czułam wielką ulgę i satysfakcję, wspaniale było wreszcie znaleźć się na finiszu. Dalej była już tylko Antarktyda!

 

Agnieszka Dziadek

https://acrossthewilderness.blogspot.com

https://www.youtube.com/user/pierwotna85

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wprowadź swój komentarz!
Wprowadź swoje nazwisko