Przeprawa przez rzekę

Szósty dzień – dzień ciągłej zmiany planów.

Dziś pogoda nie do końca zachęcająca, co prawda udało się nam się dziś w miarę na sucho zwinąć obóz, ale temperatura niska i wszechobecna wilgoć. Po wczorajszym marszu w trudnych warunkach dziś ruszamy w trasę w nie do końca dobrych humorach. Dodatkowo daje się już odczuć zmęczenie wyprawą.

Idziemy przed siebie. Dziś zamierzamy dojść do miejsca pierwszego planowanego noclegu. Próbujemy dotrzeć do kanionów, którymi mamy zamiar dziś się poruszać. Po kilku godzinach docieramy do nich. Po dotarciu okazuje się, że to co na mapie wygląda na nie duże kaniony okazuje się bardzo trudnym terenem do poruszania się, ze ścianami często przekraczającymi 45 stopni. Po zejściu do jednego z kanionów robimy sobie przerwę obiadową. Jednocześnie podejmujemy decyzję, że rezygnujemy z poruszania się kanionami z uwagi na trudne warunki oraz problemy chłopaków z kolanami. Po obiedzie wychodzimy z kanionu w górę wzdłuż potoku. Dalej trasa już w miarę pozioma prowadzi do miejsca, gdzie planujemy nocować.

 

 

Na miejscu okazuje się, że płaskowyż na którym planowaliśmy  nocować jest mocno podmokłym terenem. Biorąc pod uwagę, że pogoda nadal nie rozpieszcza i znów zaczął padać deszcz. Prognozy na dalsze 24 godziny nie mają zamiaru się poprawić więc postanawiamy po odpoczynku przedłużyć naszą dzisiejszą trasę o kolejne kilka kilometrów, by dotrzeć do koty. W kocie zamierzamy się podsuszyć oraz schronić przed deszczem. Kota zgodnie z mapą stoi na trasie zimowego szlaku dla narciarzy biegowych i skuterów śnieżnych. Liczę, że będziemy się mogli dziś przespać przy ognisku w tradycyjnej kocie Samów.

 

 

Na miejsce docieramy mówiąc bez ogródek wykończeni. Dwa dni trudnych warunków oraz wszechobecne zimno dają o sobie znać. Na miejscu okazuje się, że kota jest nowym eleganckim domkiem z paleniskiem na środku – co prawda nici z nocowania w tradycyjnym namiocie samów, ale już po chwili ogień płonie, a humory natychmiast się poprawiają. Po godzinie wszyscy już uśmiechnięci – co ogień  i ciepła kolacja potrafi zrobić z człowiekiem. Teraz nasza kota przypomina choinkę obwieszoną ciuchami, które suszymy. Po kilku godzinach wszystko będzie już suche i można spokojnie już iść spać.

 

Siódmy dzień – maszerujemy dalej.

Przedostatni duży odcinek trasy do pokonania – planujemy dotrzeć do miejsca gdzie nocowaliśmy pierwszy raz. Andrzejowi kończy się powoli prowiant, a na drzewie w pierwszym obozie wisi na drzewie worek między innymi z jedzeniem. Ciekawe czy nadal… Znając Finów będzie wisiał nadal o ile zwierzęta nie dobiorą się do niego. Ale wisi wysoko więc nie powinno by problemu.

 

 

Dzisiejsza trasa w pierwszej połowie dnia wiedzie jeszcze przez dzikie lasy by przejść w drugiej części dnia już w trasę przez zwykłe lasy gdzie prowadzona jest gospodarka leśna. A wiąże się to z tym, że trafiamy na gruntowe leśne drogi oraz miejsca po cięciach drzew. Poruszanie się wzdłuż dróg znacznie przyspiesza poruszanie się. Po drodze trafiamy na dwa renifery, które pozują nam do zdjęć nie spiesznie oddalając się od nas.  Pogoda się poprawiła i widać znaczne przejaśnienia na niebie. Humory też się poprawiają jednak już dziś nasze myśli i rozmowy kierują się w stronę powrotu do domu. Cóż zmierzamy do naszego pierwszego obozu. Po przekroczeniu mostu zakończymy naszą wyprawę w nieznane, dalej będziemy poruszać się po już znanej trasie. Będziemy wiedzieć co nas czeka.

 

 

Docieramy do obozu – worek wisi nienaruszony. Już po chwili pali się ognisko na patyku ląduje boczek niespiesznie się piekąc. Resztę dnia spędzamy na leżakowaniu przy ognisku i podsumowywaniu wyjazdu. Nagle słyszymy tętent kopyt, obracamy się w kierunku głosu i widzimy jak na nas pędzą renifery. Nagle ostro hamują i stado obiega nas z dwóch stron. Widocznie byliśmy dla nich z wiatrem i nie wyczuły naszej obecności. Wszyscy na gorąco komentują sytuację… A ja powiem tylko tyle, że tutaj niespodzianki naprawdę mogą zdarzyć się każdego dnia. Nawet podczas końcówki wyprawy. Nawet wydawało by się w miejscu, które już znamy, bo spędzamy tu drugi dzień i można powiedzieć, że nie ma tu nic bardzo ciekawego. Zobaczymy co jeszcze przyniesie nam przyszłość.

 

Ósmy – przed ostatni dzień

Rano wyruszamy w trasę. Droga jest przyjemna i szybko zmierzamy do celu. Plecaki już ogołocone z jedzenia – lekkie, pogoda ładna i trasa już w zasadzie znana (częściowo poruszamy się po trasie naszego pierwszego dnia w częściowo idziemy szlakiem rowerowym).

Szybko osiągamy planowane miejsce noclegowe nad potokiem, który przekraczaliśmy pierwszego dnia.

 

 

Piękne słoneczko i brak ciemnych chmur w okolicy zachęca do niespiesznego rozbijania obozu oraz do podsumowań wyprawy.

Robimy również przegląd plecaków w zakresie śmieci, które jutro się wyrzucimy do koszy. Wykorzystujemy też piękną pogodę w celach doprowadzenia się do stanu w którym nie będziemy zagrażali pozostałym uczestnikom lotu. A więc zarządzamy ogólne pranie ubrań przed odlotem. Jak i sami zażywamy kąpieli o ile tak można powiedzieć o kąpieli w potoku, gdzie woda ma kilka stopni. Można powiedzieć jedno – obecnie woda i tak jest cieplejsza o kilka stopni z uwagi na ostatnie słoneczne dni w stosunku do tego co było w pierwszych dniach.

 

Ostatni dzień – to już koniec

Dziś pozostało nam  do pokonania nie całe 3 km do Saariselka – dystans krótki, aby mieć czas na zakupy pamiątek oraz na spokojne dotarcie do lotniska.

Pogoda znacznie się poprawiła – dziś wręcz upał – będzie tego ze 20 stopni. Piękne słońce.

Saariselka, żegna nas kilkoma reniferami z powodu, których kierowca autobusu musiał ostro hamować – nagle stwierdziły, że przejdą sobie przez drogę w środku miasteczka. Przeszły sobie na drugą stronę więc ruszamy dalej. Myślałem, że to ostatnie widziane renifery, a tu na zakończenie wyprawy mamy ostatni bonus tej wyprawy. Stado reniferów liczące kilkaset osobników. Mając wlepiony nos w szybę autobusu czujemy się niczym traperzy przemierzający prerie w Ameryce Północnej. Widok nie do opisania – a renifery niespiesznie poruszają się wzdłuż drogi.

Docieramy na lotnisko. Wieczorem odlatujemy do Helsinek, a stamtąd następnego dnia już do Polski.

Koniec wyprawy, lecz wspomnienia nadal są i pozostaną z nami do kolejnej wyprawy w przyszłym roku.

 

Pierwszą część relacji można przeczytać tutaj: https://wkreconywlas.pl/hammastunturi-wilderness-area-relacja-cz-1/

Drugą część relacji możesz przeczytać tutaj:   https://wkreconywlas.pl/hammastunturi-wilderness-area-relacja-cz-2/

Relacja filmowa z wyprawy: https://wkreconywlas.pl/hammastunturi-wilderness-area-2017-by-wkreconywlas-film/