Ravadasköngäs Waterfall

Lemmenjoki

Lemmenjoki – rzeka, park narodowy, cudownie dzikie miejsce. Położone daleko na północy w Finlandii. Z dala od osad ludzkich idealne do złapania oddechu od cywilizacji. Zdania się jedynie na własne siły i na to co człowiek posiada przy sobie. Przez ponad tydzień przebyliśmy z plecakami ok. 125 km poprzez tajgę i tundrę. W zasadzie można powiedzieć, że we wszystkich możliwych wariantach terenu i letniej fińskiej letniej pogody jakże odmiennej od naszej polskiej w lipcu.

Wzdłuż wolno płynącej rzeki Lemmenjoki Finowie założyli park narodowy o powierzchni równej pięciu powierzchniom naszej stolicy. Obszar ten jest odwiedzany przez ok. 20 000 turystów rocznie (u Nas tyle osób potrafi odwiedzić jednego dnia Tatry). Należy mieć na uwadze, że te 20 tysięcy osób zwiedza głównie zagospodarowany obszar wzdłuż rzeki Lemmenjoki. Teren parku podzielony jest na cztery obszary. Obszar pierwszy, gdzie teren jest zagospodarowany dla turystów (miejsca palenia ognisk, domki, miejsca biwakowania, toalety, wyznaczone o oznaczone szlaki). Drugi obszar rezerwatu przy wodospadzie, gdzie ograniczono poruszanie się jedynie do wyznaczonych szlaków z uwagi na ochronę terenu.  Rezerwat w porównaniu do całości parku jest bardzo mały i chroni piękny przełomu dopływu rzeki Lemmenjoki wraz z wodospadem. Obszar trzeci to teren całkowicie zamknięty dla ludzi, gdzie zwierzęta znajdują ciszę, spokój do życia rozmnażania się.  No i czwarty obszar największy teren kompletnej dziczy. Teren który nas interesował przedewszystkim. Teren w którym nie ma nic, gdzie możemy poruszać się według naszego widzimisię i możemy wszędzie biwakować.

Ruszamy

Upalny lipiec daje się we znaki, lecz wiem, że za kilkanaście godzin będzie znacznie chłodniej. Startujemy z Warszawy z nocowaniem na lotnisku w Helsinkach, przed południem docieramy do Ivalo. Jest to najdalej położone na północy lotnisko Finlandii. Ivalo przywitało nas słonkiem i nieprawdopodobną temperaturą jak na tamte obszary – 26 stopni. Dziewczyny robią fotkę wyświetlacza w samolocie. Do tego renifery pasące się tuż za ogrodzeniem lotniska wprowadzają nas w dobry nastrój. Będzie dobrze.

Dalej do parku jedziemy busem, który w sezonie dociera do początku szlaku do miejscowości Lemmenjoki. Poza sezonem pozostają tylko taksówki o ile można tam dotrzeć z uwagi na śnieg. Po dotarciu na miejsce – lekkie przepakowanie ułożenie rzeczy w plecakach i ruszamy na trasę.

Początkowo zakładamy poruszanie się po trasie wyznaczonego szlaku więc idzie się szybko. Niestety powoli pogoda się psuje i dostajemy w prezencie pierwsze porządne lanie. Nie mamy jeszcze wypracowanego szybkiego zakładania peleryn więc nas troszkę podmoczyło, ale zaraz okazuje się, że słonko znów zagościło to i się w trasie suszymy. W dniu dzisiejszym czeka nas jeszcze przeprawa przez, rzekę Lemenjoki oraz biwak przy brzegu po drugiej stronie rzeki.

Warto tu wspomnieć o przeprawach przez rzekę Lemmenjoki. Z uwagi na jej szerokość i głębokość jedyny sposób na jej przeprawienie się poza przepłynięciem w pław (czego nie polecam z uwagi na temperaturę wody) to łódź. W parku narodowym przewidziano dwie takie przeprawy – są osobliwe. Na rozciągniętej między brzegami stalowej linie zawieszona jest na łańcuchu łódź. Łódź ściąga się na swój brzeg za pomocą zwykłej liny i następnie przeciąga się na drugi brzeg. Ważne aby po przeprawie ściągnąć łódź i luźną linę na swoją stronę z uwagi na to, że po rzece kursują łodzie motorowe z turystami i wisząca lina utrudniała by im pływanie. Przeprawa szybka i przede wszystkim sucha – polecam.

Po dotarciu na miejsce pozostaje tylko rozpalić ognisko zagotować wodę, rozbić namioty i posiedzieć przy ognisku. Dzień polarny pozwala się cieszyć o północy pięknym słońcem i widokiem na rzekę. Przyznam, że mógłbym tak siedzieć do rana, ale trzeba iść spać, bo rano ruszamy dalej.

Ruszamy dalej

Dziś wchodzimy w dziki teren – zobaczymy, czy to co zaplanowałem ma palcem po mapie sprawdzi się w terenie. Generalnie zawsze bardzo mnie cieszy, jeśli moje rozpoznanie terenu na podstawie dostępnych map w Internecie oraz zdjęć lotniczych pozwala mi się utrzymać się w założonej trasie. Zanim ruszymy tak na poważnie – musimy jeszcze przejść przez mostek przy jednym z dopływów głównej rzeki. Po półgodzinie poszukiwań udało się go namierzyć – na szczęście jest. Za mostkiem ruszamy na północny zachód przed siebie, gdzie nogi nas poniosą wzdłuż rzeki, później przez górę, do miejsca noclegu, które zaplanowałem nad jeziorem. Jak ja lubię takie wędrowanie, rzut oka na mapę i dalej, dalej przed siebie. Bez ograniczeń bez szumu cywilizacji w tle, tylko szum lasu, śpiew ptaków i potok, który szumi w oddali. Co chwila czekają nas przyrodnicze niespodzianki. Oddalamy się od potoku, by głód zaspokoić nad zapomnianym przez wszystkich jeziorkiem w środku tajgi. Widok tak cudowny, że nie chce się iść dalej.  Lecz czas pędzić dalej.

Późnym popołudniem osiągamy kolejne docelowe jezioro nad którym dziś nocujemy. Kolejny malowniczy teren choć widać, że tu dociera większa ilość ludzi przez zagospodarowaną część parku, bo znajdujemy kilka palenisk. Wybieramy jedną miejscówkę, by nie robić kolejnego paleniska i rozbijamy obóz.

Niestety pogoda powoli się psuje i chmury zasnuwają niebo. W nocy leje. Rano na szczęście tylko kapuśniaczek, lecz temperatura spadła – niestety nie zachęca to do ruszania dalej. Na niebie mamy gęste chmury – oj będzie dziś bal.

Powoli robi się coraz bardziej wilgotno i pojawia się gęsta mgła. GPS dziś robi dobrą robotę bez niego było by ciężko, bo widoczność rzędu 50 m i mniej. A teren słabo urozmaicony. Idzie się w biel.

Idziemy do przełęczy, by przedostać się na drugą stronę i dalej do pierwszego domku na naszej trasie.

Schodząc z przełęczy wchodzimy w tajgę gdzie miękkie podłoże nasączone wodą. Idzie się ciężko, bo każdy krok musi być wyważony i noga musi powędrować we właściwe miejsce. W innym wypadku będziemy mieć jeszcze bardziej mokro w butach. Okazuje się, że po zejściu z gór weszliśmy na teren mocno podmokły, tajga pokazuje pazurki, a dodatkowo dzisiejsza pogoda nam nie pomaga. Na szczęście pod koniec dnia pogoda się poprawiła i po przejściu pod ogrodzeniem dla reniferów trafiamy na ścieżkę, która prowadzi nas już prawie do samej chatki. Droga jest przetarta przez qady, którymi Finowie sprawdzają stan ogrodzenia. Co oczywiście nie oznacza że jest sucho. Koleiny wypełnione są po brzegi wodą.

Dotarliśmy do chatki Vaskojoki, rozpogodziło się. Na szczęście chatka wolna. (zrobić linka do opisu chatek).

Na pierwszy rzut oka widać, że jest rzadko używana. Prawdopodobnie z uwagi na to, że jest położona daleko od cywilizacji.

Podsuszamy się w tym miejscu, ogień szumi w piecu. Od razu humory się poprawiają przy cieple pieca. Do rana wszystko jest suche.

Po śniadaniu ruszamy dalej.

Dziś mamy wydrapać się na kolejną przełęcz i dalej maszerujemy zboczami powyżej strefy lasu. Przez to dziś będziemy mieli sucho. Pogoda nam dopisuje. Po drodze trafiamy na pozostałości renifera. Natura daje to i sama odbiera… Popołudniu trafiamy do doliny. Cudowny cichy las. Tylko my i przyroda. Las jest tak dziewiczy, że nad naszymi głowami latają nam trzy syczki. Przyglądają się i nic sobie nie robią z naszej obecności. Kocham to w tutejszej przyrodzie. Ona się po prostu nie boi ludzi. Przez to można obserwować rzeczy o których w Polsce można jedynie pomarzyć. Kilka dni później będzie nam dane oglądać goniące się dzięcioły z odległości czterech metrów. Ech… Słoneczny wieczór dopełnia piękna tego miejsca.

Kolejnego dnia ruszamy dalej, dziś idziemy przez teren dawnych kopalni złota. Kiedyś był to teren gdzie wydobywano złoto, podczas gorączki złota. Dziś poszukiwanie odbywa się raczej hobbistycznie, my jeździmy na działki obsadzać grządki, Finowie jadą sobie pokopać złoto. Jest to swego rodzaju miejscowy folklor. Co rusz można spotkać pozostawione kopalnie złota z całym dobytkiem. Czekające na swych właścicieli.

Po drodze spotykamy pierwszego poszukiwacza oraz zarazem pierwszą osobę, którą widzimy od czterech dni marszu. Po przejściu przez teren kopalni trafiamy do jedynego takiego miejsca na świecie. Budynku miejscowego lotniska polowego, który zarazem jest „biblioteką i centrum kulturalnym miejscowych poszukiwaczy” – wszystko oczywiście samoobsługowe. Masz ochotę coś poczytać bierzesz qada i jedziesz po książkę.  Na ścianie oczywiście jest też nr telefonu ze współrzędnymi lotniska, by móc zamówić sobie lotnicze taxi. Wsponę tylko że budynek ma wymiar ok. pięć metrów na trzy.

Po obiedzie w słoneczku na lotnisku idziemy dalej. Dziś dotrzemy do domku Morgamoja, gdzie możemy przenocować. Jest to zarazem oryginalna osada poszukiwaczy, która powstała w czasie gorączki złota. Budynek w którym nocujemy jest co prawda nowszy z uwagi na to że oryginalny się rozpadł, ale część budynków jest oryginalna. Pogoda niestety zmienia się na gorszą, zaniosło się porządnie. Wieczorem pada deszcz.

Rano ruszamy dalej do miejsca, gdzie mamy przekroczyć rzekę Lemmenjoki. Zgodnie z planem nasz szlak przechodzi na drugą jej stronę. Punkt ten jest też końcem szlaku wodnego, gdzie dopływają łodzie motorowe z turystami. Docieramy tam w przed południem. Jedna z uczestniczek dziś, będzie odpoczywać za to my na lekko, zapuścimy się głębiej w tajgę. Zrobimy kółeczko o obwodzie ok 24 km z wizytą w rezerwacie Ravadasköngäs. Jutro po noclegu na miejscu będziemy próbowali przedostać się na drugą stronę, niestety nie ma mostu. Spotykamy miejscową parę starszych Państwa którzy czekają na łodzie. Ustalamy, że niestety mostu nie ma (choć na mapie parku przy przystani jest narysowany) od kilku lat. Pozostaje nam zmiana trasy lub dogadanie się z właścicielem łodzi, by nas przetransportował na drugą stronę. Ale to dopiero jutro. Dziś jeszcze będzie nam dane przechodzić przez bardzo stary las, gdzie drzewa mają obwód nie ledwo pozwalający objąć je przez dwie osoby. Aż trudno sobie pomyśleć ile drzewa mają lat skoro drzewa o średnicy ok 40-50 cm mają ich około 600. W każdym razie stojąc u ich podnóża czuje się na plecach oddech pierwotnych ludów Samów w czasach, gdy jeszcze Skandynawią nie władali na poważnie królowie, a Państwo Polskie były dopiero w powijakach.

Rano czekamy na łódź motorową, przybywa punktualnie i po rozmowie właściciel pomaga nam się przeprawić na drugą stronę. Znów zaczyna się niestety deszcz. Dziś poczuliśmy pogodę…. Od rana siąpi, do tego po wyjściu na płaskowyż mocno wieje. Temperatura spadłą zapewne do kilku stopni. Częściowo trasa tylko na GPS’ie, bo nic nie widać i trudno orientować się w terenie.

Później się rozwidnia i już jest lepiej. Na wieczór mieliśmy wylądować domku lub koło niego, ale okazało się, że trzeba się dostać do niego przez bagna więc rezygnujemy. Jutro musielibyśmy wracać również przez nie. Odpuszczamy – decyzja ruszamy dalej z postanowieniem przedostania się na drugi brzeg Lemmenjoki łodzią zamocowaną na linie. Dziś przed nami długa droga pod pełnym obciążeniem (w sumie wyszło tego ponad 20 km). To dużo w tych warunkach. Wszyscy pod koniec dnia mamy dość. Do tego i tak lądujemy w terenie bagnistym więc buty znów mokre. Całe szczęście, że udało się nam dotrzeć do obozu i zmieściliśmy się w ostatnim domku Ravadasjärvi na szlaku. Niestety nie jest pusty, bo leży blisko granic parku do tego weekend, więc pojawiło się chętne towarzystwo do skorzystania z niego. Pogoda paskudna – mamy tylko kilka chwil na rozkoszowanie się kawą na molo, bo zaraz porządnie się rozpada. Nie pozostaje nic innego jak okopać się w śpiworach.

Rano pogoda się poprawia dziś przed ostatni dzień naszej wyprawy. Trasa łatwa, znana, częściowo szliśmy już tędy. Biegnie wzdłuż rzeki. Widoki cudowne. Wracamy do pierwszego obozu gdzie dziewczyny zostawiły ciuchy. Ciuchy są, ale pozostawiona z nimi kasza ściągnęła miejscowe gryzonie więc i jedna para spodni jest pocięta przez nie przy okazji.

Po przeprawie łodzią idziemy do ostatniego miejsca naszego noclegu, gdzie dane nam jest się doprowadzić do porządku oraz wysuszyć ciuchy, a przede wszystkim buty. Do końca wyprawy pozostało nam już jedynie 3 godziny marszy utartym szlakiem. Ale to już pozostawiamy sobie na jutro. Dziś pozostaje nam leżakowanie na ławce przy ognisku. Rano po trzech godzinach marszu wyłaniamy się w miejscu naszego startu. Kosztujemy zupy z renifera w miejscowej restauracji i ruszamy busem na lotnisko. Wieczorem odlot do Helsinek, a dalej do Polski.

Podsumowanie

Kolejna wciągająca w dzicz wyprawa dobiegła końca. Pogoda można powiedzieć dopisała jak na tamte warunki (lało tylko przez ok. trzydzieści procent czasu) przez pozostały czas dane nam było się dosuszyć choć nie oznacza to suchych butów. I gorącego lipcowego lata. Średnia temperatura dla Lipca w tym rejonie to ok. 15 stopni. Warto było zaszyć się w lesie i podładować baterie.

Wnioski

Z wniosków mogę zapisać:

Jeden – towarzystwo tym razem również dopisało, dziewczyny walczyły jak lwice z terenem. I przeciwnościami losu.

Dwa – Taśma srebrna znów wygrała swój bój o pretendenta do najlepszego wynalazku wszechczasów. Pół rolki taśmy srebrnej to jednak za mało – trzeba mieć przynamniej całą. Jednej z kompanek rozkleiły się buty i w zasadzie prawie trzy czwarte trasy ratowaliśmy buty z pomocą taśmy z pełnym sukcesem.

Trzy – moje buty do wymiany – kolejne buty z membraną goretexową do kosza. Dwa zero dla Skandynawii – głośno reklamowane wojskowe Bates’y jako niezniszczalne nie przeszły próby. Na następną wyprawę zapewne wezmę również lekkie kalosze dla trudniejszego terenu. Miejscowi w tym chodzą i nie wyglądają na zmartwionych. Bates’y pozostaną jako drugie. Są bardzo wygodne, dobrze amortyzują podłoże, ale skóra cienka i membrana szybko puszcza. W zasadzie wytrzymały około półtora dnia w mokrym terenie. Zaletą na pewno ich było to, że super szybko schły.

Trzy – sprzęt się sprawdził i założenia przyjęte przeze mnie co do niezbędnych rzeczy były właściwe. Lekka korekta sprzętu w porównaniu do ubiegłego roku wyszła mi na dobre. W kolejnych postach opiszę szczegółowo mój zestaw wyprawowy.

Do zobaczenia w przyszłym roku.