Park Narodowy Doverefjell

Dzień 1

W pewien piękny majowy weekend 2014 roku, wybraliśmy się we dwójkę w rejon Dovrefjelet.

Celem moim i Dari był szczyt Snøhetta o wysokości 2286 mnpm. oraz rezerwat muskusów czyli wołów piżmowych. Ciekawostką jest iż Snøhetta długo była uważana za najwyższą górę Norwegii, a muskusy zostały introdukowane do rezerwatu z Grenlandii w latach 60-tych.

Do parku Dovre Fjellet dostaliśmy się pociągiem z Trondheim. Sama przejażdżka norweskimi kolejami jest zawsze ucztą dla oka, gdyż widoki przesuwające się za panoramicznymi oknami po prostu zapierają dech w piersi. Po kilku godzinach wysiedliśmy na małej drewnianej stacyjce w Kongsvoll.

Zarzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy przez tory kolejowe na teren parku. Zaraz za torami rozciągał się płot, a za furtką tablica informacyjna, że oto drogi turysto wkraczasz w krainę pierwotnego zwierza włochatego moskusa. Tablica ostrzegała przed zbliżaniem się do moskusów na mniej niż 300 metrów, gdyż zwierzęta te mogą być niebezpieczne. W rezerwacie zdarzył się wypadek śmiertelny ataku moskusa oraz kilka przypadków… ucieczki turystów na drzewa.

Tak poinformowani ruszyliśmy przed siebie. Nasz plan zakładał wyprawę trzy dniową. Pierwszego dnia chcieliśmy dotrzeć do chaty Reinheim (dom reniferów) położonej u podnóża Snøhetta około 20 km, tam przenocować i drugiego dnia wyjść na szczyt około 7 km. Trzeci dzień zaplanowaliśmy zwyczajnie na powrót do Kongsvoll i pociąg do Trondheim.

Po wejściu w teren parku szliśmy dość stromym podejściem przez gęsty las, wąska kręta ścieżka prowadziła nas pod górę. Rozmawialiśmy o tym jakie mamy szanse spotkać moskusy i czy uda im się zrobić dobre zdjęcia. Po 30 minutach postanowiliśmy zrobić małą przerwę. Z plecaka wyskoczył termos z kawą i czekolada, majowe słońce grzało, pogoda idealna do wędrówki. Popijaliśmy kawę i podziwiali widoki, gdy nagle z krzaków dało się słyszeć głośne HHRRRMMM!!! Skoczyliśmy na równe nogi, a 20 metrów od nas z zarośli wychynął moskus. Moskus chrząknął poraz drugi hhrrrmmm jego kudłata sierść sięgała prawie do ziemi, a zakręcone masywne rogi na wielkiej głowie robiły wrażenie jakby można nimi wbijać gwoździe w dębowe dechy. Odskoczyliśmy do pierwszego drzewa , moskus stał patrzył na nas i chrząknął po raz trzeci tyle, że teraz jakby z większą irytacją. Rozejrzałem się i zrozumiałem, że on chce iść w tę samą stronę co my. Tylko my stoimy mu na drodze z lewej mamy skarpę w dół, a z prawej skarpę w górę, nie mogliśmy się cofnąć ani zejść mu z drogi. Podeszliśmy pod plecaki szybko wrzuciliśmy prowiant do środka i obserwując moskusa ruszyliśmy ścieżką w górę. Zwierz nie przejmując się całą sytuacją ruszył również w górę. Narzuciliśmy spore tempo i po kilku zakrętach straciliśmy kontakt z moskusem , Adrenalina zeszła i zaczęliśmy żartować, że takiej przygody nie przewidzieliśmy.

HHHRRRRMMM!!!! rozległo się znowu podskoczyliśmy jak oparzeni, ale za nami nic nie było, skoro nie za nami to gdzie ?! Zza zakrętu przed nami wychynęły dwa kolejne moskusy. Zrobiło się niebezpiecznie dwa młode osobniki przed nami jeden dorosły za nami , po lewej skarpa raczej ciężko byłoby z niej bezpiecznie zejść. Szybka decyzja zaczęliśmy się wdrapywać na skarpę po prawej. Około 10 metrowa skarpa porośnięta małymi brzózkami pozwoliła wydostać się nam z otoczenia. Okazało się że wyszliśmy na rozległy płaskowyż otoczony górami środkiem płaskowyżu płynęła rzeka zasilana licznymi strumieniami spływającymi z gór. W pobliżu nie było widać już żadnych moskusów.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy wzdłuż rzeki w kierunku Snøhetta. Po jakimś czasie wyszliśmy na niewielki pagórek. Przed nami widok na rozległą dolinę, zamkniętą podkową masywu górskiego . Na łące oddalonej od nas o jakiś kilometr pasie się stado moskusów około 20 sztuk w tym cielaki.

Oczarowani widokiem spędzamy tam jeszcze chwilę, ale czas na nas, przed nami spory kawałek drogi.

Maszerujemy wzdłuż rzeki, idzie się dość dobrze różnice wysokości są nie duże. Podziwiamy widoki i cieszymy się słońcem. Co jakiś czas przekraczamy strumienie spływające z roztopionego w górach śniegu. Niektóre z nich są dość rwące i na tyle szerokie, że możemy przejść je tylko w wybranych miejscach stąpając po śliskich kamieniach.

Wychodzimy na wrzosowisko, gdzie co kilka kroków spod nóg uciekają nam lemingi, piszcząc przy tym przeraźliwie.

Pod wieczór docieramy do chaty Reinheim. Zmęczeni, ale szczęśliwi, chata jest przewidziana na 30 osób więc miejsca jest mnóstwo. Jesteśmy sami więc rozpalamy w piecu i znosimy wodę z rzeki. Ciepły posiłek i ogień na piecu coś wspaniałego po całym dniu wędrówki.

Dzień 2

Pobudka i szybkie śniadanie. Czas wyruszać na Snøhetta. Zaraz za chatą pierwsza przeszkoda rwąca rzeka, którą przekraczamy po śnieżnym moście. Podejście jest dość strome , idzie się po piargu z ogromnych głazów. Od razu rzuca się w oczy, że szczyt był kiedyś dużo wyższy, a erozja spowodowała jego upadek. Wychodzimy wyżej i wyżej, widoki coraz bardziej monumentalne, oprócz chaty w dole, nie ma śladu człowieka po horyzont ciągną się góry i rzeki. Czuję się tutaj zew pierwotnej natury, do głowy przychodzi porównanie ze szlakami tatrzańskimi, gdzie trzeba się przepychać czasami wśród turystów. Czasami odzywają się rype, czyli ptaki z rodzaju głuszców.

Po około 7 kilometrach docieramy do szczytu. Panorama roztaczająca się przed nami onieśmiela , ogrom przestrzeni, szczyt przechodzi w grań zagiętą w podkowę. Lodowiec zamknięty w podkowie kłuje oczy błękitem. Przechadzamy się po szczycie , chłoniemy widoki popijając gorącą kawę. Pomimo, że słońce świeci mocno, na samym szczycie wiatr jest silny i mroźny.

Zaczynamy schodzić, skaczemy z kamienia na kamień, schodzi się dość dobrze więc mamy dobre tempo. Po drodze robimy jeszcze przystanek na kanapki i resztę kawy. Udaje nam się, zobaczyć rype. Dochodzimy do lodowego mostu, którym przeszliśmy nad rzeką obok chaty. Okazuje się, że dzień był na tyle ciepły, iż most pękł i osiadł w rzece. Po naradzie i oględzinach postanawiamy spróbować przejść po moście. Przechodzę pierwszy okazuje się, że most jest nadal stabilny i po kilku minutach jesteśmy już w chacie.

Schronisko

Rozpalamy ogień w kozie i nastawiamy na obiad, pojawia się kolejny turysta. Okazuje się, że kolega podróżuje od chaty do chaty w towarzystwie swojego psa husky. Po krótkiej rozmowie nowy lokator zaszywa się w swoim pokoju i idzie spać. My jeszcze jemy i podziwiamy zbiory zgromadzone w chacie. Jest tu kilka replik grotów strzał i włócznie neolitycznych łowców , polowali oni tu na stada reniferów. Z biblioteczki, która też jest na wyposażeniu, możemy dowiedzieć się, że oprócz moskusów żyją tu również renifery i lisy górskie.

Schronisko

Przygotowujemy się na jutrzejszy wymarsz i zmęczeni, ale szczęśliwi idziemy na spoczynek.

Dzień 3

Pobudka wczesnym rankiem, proste śniadanie, ogarniamy po sobie chatę i wymarsz. Pogoda się utrzymuje, zaczyna się piękny dzień. Znów idziemy wzdłuż rzeki, lecz tym razem w dół jej biegu. Co jakiś czas obracamy się za siebie, żeby jeszcze raz spojrzeć na Snøhetta. Przechodzimy kilka strumieni, które wydają się być większe niż dwa dni temu. Pogoda zrobiła swoje i woda z roztopów zasiliła strumienie.

Dzisiaj mamy taką różnicę, że musimy dotrzeć do Kongsvoll na siedemnastą, żeby złapać pociąg do Trondheim. Założyliśmy trzy godziny rezerwy, ale staramy się trzymać tempo.

Koło dwunastej robimy przerwę na lunch i kawę, ostatni rzut oka na Snøhetta chowającą się już za inne szczyty. Ruszamy dalej, po jakimś czasie docieramy do strumienia, który przybrał bardzo mocno i właściwie zamienił się w rwącą rzekę. Spędzamy kilkanaście minut na szukanie przeprawy, ale wygląda to kiepsko. Zostaje tylko ściągnąć buty i spodnie i przejść bosą stopą. Lodowata woda działa lepiej niż kawa, więc idziemy jeszcze szybciej częściowo też, żeby się rozgrzać. Zastanawiamy się czy dzisiaj też spotkamy moskusy na swojej drodze. Jednak resztę drogi przechodzimy już spokojnie obserwując moskusy tylko z daleka.

Do stacji w Kongsvoll docieramy w sumie dwiw godziny przed czasem. Rzucamy plecaki na ławki i cieszymy się słońcem.

Express podjeżdża punktualnie, a konduktor z sumiastymi wąsami wita nas serdecznie jako jedynych podróżnych z Kongsvoll.

W pociągu postanawiamy zaszaleć i w wagonie restauracyjnym kupujemy butelkę wina. Popijając zacny trunek podziwiamy widoki za oknem i wspominamy przeżycia ostatnich dni.

 

Łukasz Piwowarczyk