Park narodowy New Forest

Park Narodowy New Forest

Tak się akurat złożyło, że markecie wykupiono moje ulubione owoce, a zakupione jajka stłukłem w drodze do domu klaszcząc do utworu S.O.B. (Nathaniel Rateliff & The Night Sweats), przy którym trudno jest tego nie robić. Wniosek – kolacji nie będzie i mogę brać się do pisania.

Najpierw krótko nas przedstawię – ja mam na imię Wojtek, a mój kolega współpodróżnik to Michał (dla mnie „Majkel” bo mieszkamy w UK i musimy być bardziej brytyjscy niż sami Brytyjczycy). Poznaliśmy się w pracy trzy lata temu i połączyło nas poczucie nudy oraz pragnienie przygody. Pół roku później pojawił się pomysł przejścia szlaku Camino Frances i plan ten zrealizowaliśmy. Niedawno Michał ponownie zapytał „a może gdzieś skoczymy?”. Stanęło na tym, że kupimy niskobudżetowe hamaki znanej i lubianej marki na literę Q oraz tarpy i pojedziemy do parku narodowego New Forest.

Tydzień później pojechaliśmy z Londynu autokarem do Southampton, gdzie czekała na nas moja kuzynka (chyba nie ma miejsca w Europie, którego dziewczyna jeszcze nie odwiedziła). Tam spędziliśmy noc, a rano po wspaniałym English breakfast zostaliśmy odwiezieni w bliżej nieokreślone miejsce wskazane na Google maps („O! Tu! Tu chcemy!”). Ale spokojnie, jeśli mieszkacie w UK to wystarczy, że dostaniecie się do Southampton, a następnie z dworca głównego pojedziecie pociągiem na stację New Forest (pociąg przejeżdża przez park).

Sam park narodowy został utworzony w 2005 roku i ma 571 km2 powierzchni. Na jego terenie znajduje się sporo pól kempingowych, a ich ceny zaczynają się od około 10£.  Teren parku jest bardzo zróżnicowany. Miejscami są to ogromne polany wrzosów z wyspami drzew iglastych (piękne miejsca szkoda, że się tam nie rozbiliśmy), a miejscami teren jest podmokły i pełen drzew liściastych.

My spędziliśmy noc na granicy między lasem liściastym pełnym paproci, a obszarem gęsto obsadzonym młodymi sosnami gdzie ziemia obsypana była igliwiem. Moim celem wycieczki było doskonalenie umiejętności fotografa-amatora i zabawienie się w bushcraft, natomiast Michał chciał odpocząć i wypróbować sprzęty, które zakupił w ostatnim czasie. Chcąc znaleźć dobre miejsce na „obóz” staraliśmy się trzymać z dala od ścieżek ze spacerowiczami. Nie było to łatwe, ponieważ las jest nimi strasznie pocięty. Po dłuższych poszukiwaniach udało nam się znaleźć wymarzone miejsce. Odległość zmierzona, zrzucamy plecaki gotowi do hamakowania. Szkoda tylko, że byliśmy w dolince i nie zauważyliśmy ścieżki, która była raptem 10m wyżej. Korekta na obóz pojawiła się wraz z przechodzącymi turystami. No to rzuciliśmy okiem na mapę satelitarną Google (4G w środku parku narodowego – weź tu ucieknij od cywilizacji) i w drogę.

Na szczęście nie musieliśmy iść daleko, ale przed rozbiciem przeszliśmy się kawałek w każdą stronę, żeby znów nie mieć niespodzianki.

A więc przyszedł czas na rozbijanie obozu. „Spoko Majkel, jutubianie rozbijają tarp i hamak w cztery minuty.” No cóż.. Zeszła nam godzina na przygotowywanie linek, wieszanie i robienie śledzi. Następnie kolacja. Michał miał małą kuchenkę esbit na paliwo stałe. I to był ostatni raz.

Na takie wypady tylko gaz – szkoda czasu i nerwów. Dobrze, że mieliśmy brytyjskie patyki pod ręką, które z jakiegoś powodu nie mają porównania do francuskich i hiszpańskich patyków (wspominki z camino) i sporo stałego paliwa. No, ale miał być bushcraft prawda? Po zjedzeniu posiłku (klasycznie – zupka chińska z Radomia i tuńczyk z puszki) przyszedł czas na relaks. Michał znalazł kawałek dębowego drewna, z którego za pomocą Victorinoxa i noża Mora do łyżek zmajstrował łyżkę ze zdjęcia.

Ja natomiast latałem z aparatem i robiłem zdjęcia wszystkiego. W końcu przyszedł zmierzch więc zaczęliśmy ładować się do naszego posłania. Michał miał mate w hamaku, a ja koc z polaru i obydwie rzeczy się sprawdziły. Wiem natomiast, że muszę zaopatrzyć się w nowy śpiwór. W nocy musiałem owijać stopy kocem z powodu chłodu. Uwierzcie mi, w Anglii inaczej odczuwa się chłód przez dużą wilgotność powietrza. Polecam zabrać polar.

Rano, po spakowaniu sprzętu i zabraniu śmieci miałem jeszcze trochę czasu do spożytkowana na fotografowanie. Żałowałem tylko, że nie udało mi się zrobić zdjęcia najsłynniejszych mieszkańców parku – pół dzikich koni.  Ale los się uśmiechnął. Siedząc na stercie pociętego drzewa rozmawiając o niczym usłyszałem „tupanie”. Zajrzałem i zobaczyłem cała gromadkę koni. Stały w trójkącie jak jakaś drużyna, a ja szybko sięgnąłem po aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Jeżeli planujecie wjazd do parku autem może zdarzyć się wam sytuacja, że taki koń wejdzie wam na drogę. Co wtedy? Jeśli jest taka możliwość to należy ominąć zwierzaka. Jeśli nie, to należy po prostu czekać i pod żadnym pozorem nie używać klaksonu, ponieważ jest to wbrew przyjętym tu zasadom. No i pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w marchewki!

Koniec końców był to naprawdę udany weekend, daleko od betonowego miasta. Gorąco zachęcam do odwiedzenia New Forest, a także leżącej w tej okolicy miejscowości Beaulieu, która jest przepiękna. Miłego zwiedzania!

 

Wojciech Dulęba i Michał Kotelon, korekta Aleksandra Wasiewicz