Budzę się o północy z 15 na 16 kwietnia 2018 roku po dwóch godzinach snu.

Plecak i rzeczy, które mam ubrać na siebie są już wcześniej przygotowane tak by nie obudzić domowników o tej nieludzkiej porze. Zjadam byle co by nie mieć pustego żołądka, wypijam kawę, pakuję się w auto i o pierwszej w nocy wyruszam z pogrążonego we śnie Krakowa.

Do miejsca docelowego oddalonego o  240 km parkingu w małej słowackiej mieścinie Predajna, mam jakieś 3 i pół godziny wg nawigacji. Jadę zupełnie pustą o tej porze Zakopianką, słucham muzyki i zastanawiam się jak to będzie… bywałem wielokrotnie w górach samemu, jednak nigdy nie tak długo w tak odludnym terenie. Spodziewam się, że mogę nie ujrzeć ani jednego człowieka przez te 5 dni, a w sumie to mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Zastanawiam się jak będą wyglądały chatki w których będę spał, gdzieś z tyłu głowy myślę też o niedźwiedziach, których w tamtym rejonie jest największe skupisko na całej Słowacji.

Mój ojciec chodzący po górach od 4 dekad spotkał niedźwiedzia dwukrotnie. Raz w polskich Tatrach, drugi raz w okolicach miejsca w którym będę nocował w ostatnim dniu swojej wędrówki. Drogą od Rabki Zdrój aż do Chyżnego towarzyszą mi całe konwoje TIR’ów, które pędzą 100km/h przez uśpione wioski. Na stacji benzynowej przed samą granicą w Chyżnem siadam na chwilę na planowany postój na kawę i hot-doga. Mam zapas czasu- wiem, że nie spóźnię się na autobus, który przewiezie mnie na początek mojego szlaku.

Wjeżdżam na Słowację.

 

Jakoś lubię ten kraj, wydaje się jakiś taki spokojniejszy, życie jakby toczyło się w innym tempie niż w Polsce. Pomiędzy miejscowościami ciągną się kilometrami niezamieszkałe tereny, hektary lasów nie tkniętych urbanizacją. Mijam Liptowski Hradok i krętymi serpentynami nadal w ciemności wspinam się na przełęcz Certovica by przekroczyć pasmo Niżnych Tatr. Przypominam sobie zeszłoroczną wycieczkę z kolegą przez pasmo tych gór również w kwietniu, gdy masy śniegu nie pozwoliły nam się przez nie przedrzeć. Gdy dojeżdżam do Predajnej zaczyna już świtać. Mijam przystanek autobusowy do którego będę musiał wrócić, i chwilę później docieram na oglądany wcześniej przez google street view parking na którym na 5 dni zostawię swoje auto.

Mam już ochotę zagłębić się w las, ale czeka mnie jeszcze półtoragodzinna droga autobusem do Tisovca. W Tisovcu wysiadłem kawałek dalej niż planowałem razem z masą młodzieży udającą się do szkoły. Muszę wrócić wzdłuż drogi przez miejscowość. Gdy dochodzę na skraj miejscowości, zaczyna lekko siąpić deszcz. Docieram do pustej stacji kolejowej i idę wzdłuż torów.

Tu już zaczyna się wg mapy zielony szlak, ale nigdzie nie widać oznaczeń. Na stacji patrzą na mnie zdziwieni pracownicy, gdy mijam jeden z baraków. Na moje “Dobry den”, nie odpowiadają, patrząc jak na przybysza z obcej planety. Ehh.. gdzie ten koniec tej popieprzonej cywilizacji?

Wreszcie wychodzę ścieżką przez pola w górę, zostawiając miejscowość pod sobą. Jest błotniście i mokro. Czuję niewyspanie ale i ulgę że wreszcie jestem sam. Wreszcie czuję ten spokój, i pełną swobodę…Zastanawiam czy się nie zdrzemnąć na chwilę gdzieś na polance – po dwóch godzinach snu i pięciu godzinach drogi autem i autobusem czuję lekkie zmęczenie. Jednak gdy siadam i jem drugie śniadanie senność odchodzi i kontynuuję wędrówkę. Jest mocno do góry cały czas. To że idę po szlaku wiem jedynie z nawigacji, żadnej ścieżki najczęściej nie widać. Polany z rzadko usiane drzewami.

Znajduję na jednej z nich czaszkę, chyba lisa, ma jeden duży kieł, który podważam nożem. Wychodzi bez problemu. Zdziwiło mnie ile zęba tkwi wewnątrz dziąsła…  Będzie pamiątka z wycieczki:)

Potem zagłębiam się w ciemną dolinę porośniętą bukami. Po drodze napotkałem resztki sarny lub jelenia… został zupełnie zeżarty zostały same nogi z kopytami… witamy w Murańskiej Planinie… Kawałek dalej na skale leżała czaszka jakiegoś zwierza. Dolina usłana była liśćmi, widać że nikt tamtędy nie chodzi, ścieżkę ledwo widać.

Wspinając się jej północną ścianą usłyszałem jakieś zwierzę umykające przede mną. Po jakimś czasie dotarłem na przełęcz na Voniaca, gdzie była zamknięta chatka. Rozgościłem się przy drewnianym stole ustawionym na zewnątrz i posiliłem się trochę… ależ spokojnie, gdy ucichł wiatr, cisza niemal dzwoniła w uszach.

Udałem się dalej na północ w kierunku Sarkanicy. Szlak momentami znów istniał jedynie na gps, i co jakiś czas na drzewach, ale ścieżki brak. Szedłem dużo dłużej niż zakładałem klucząc pomiędzy krzakami, powalonymi drzewami, i stertami kamieni próbując odgadnąć którędy ten szlak przebiega. W ten dzień zakładałem dojść do szałasu na Randavicy, ale jakąś  godzinę wcześniej był też szałas na przełęczy Niżna Klakova. Gdy tam dotarłem stwierdziłem, że dalej już dziś nie idę, szedłem 7 i pół godziny, po tej krótkiej nocy, i długiej drodze miałem już trochę dość. Na dodatek była to sielska cicha obszerna polana z przytulną i szczelną chatką. Na polanie mnóstwo krokusów, miejsce na ognisko, bajkowo niemal. Rozłożyłem się w chatce. Na tarasie chatki zjadłem liofilizowany obiad i delektowałem się ciszą i widokiem przy puszce Żywca. Niestety miałem tylko jedno.

Jak tak siedziałem w ciszy przez polanę przechodziły w spokoju jelenie. Chwilę popisałem w notatniku, i stwierdziłem, że czas spać. Wprawdzie godzina była młoda bo ledwie 18, ale od północy byłem na nogach. Zadekowałem się w chatce, zamknąłem na solidną zasuwę, i zasnąłem niemal z miejsca, budząc się dopiero o 8 rano następnego dnia.

Wstałem rano, zrobiłem sobie kawkę i zupkę chińską wzmacniając ją odrobinę oliwą z oliwek by dobić kalorii. Zjadłem niespiesznie te specjały, pozbierałem majdan i ruszyłem dalej. Dziś czekała mnie długa droga plus dodatkowo odcinek którego nie zrobiłem wczoraj. Zszedłem w dół stromą doliną i znalazłem zaznaczone na mapie źródełko. Nabrałem w nim wody na dalszą drogę, i umyłem się cały. Ależ było przyjemnie zmyć z siebie trud drogi, kąpać się nago w strumieniu w tej głuszy. Odświeżony ruszyłem dalej do punktu oznaczonego jako Skalna Brama, do którego trzeba było odbić kawałek od szlaku. Gdy zaczęło robić się stromo, zrzuciłem plecak, zostawiłem go pod drzewem i udałem się już bez balastu na skalne baszty wyrastające nad doliną. Niestety widoków jakichś specjalnych nie było, może gdybym wdrapał się jeszcze wyżej.. ale nie chciałem ryzykować wspinania się po mokrych skałach i zszedłem z powrotem do plecaka mając nadzieje że żaden lis mi się do niego nie dobrał.

Kontynuowałem dalej żółtym szlakiem dochodząc do szałasu w którym miałem pierwotnie spać na polanie Randavica. Szałas nie był zły jednak znacznie słabszy niż ten w którym spałem na Niżnej Klakovej, także żalu nie było:) Zrobiłem sobie małą przerwę i w zimnym potoku zregenerowałem stopy. Udałem się dalej na Sedlo Burda przy którym jest jedyne w tych górach schronisko z obsługą. Czynne jednak tylko w sezonie, obecnie było zamknięte. Czytałem o tym wcześniej także zaskoczenia nie było. Siadłem jedynie na chwilę przed schroniskiem, i ze zdziwieniem zobaczyłem na termometrze przy drzwiach budynku że jest jedynie 10  stopni…coś jest chyba ze mną nie tak…byłem w samej koszulce..no nic zjadłem   uzupełniłem wodę i ruszyłem dalej stokówką na przełęcz Kucelach, i dalej czerownym szlakiem zszedłem bardzo nisko – 750mnpnm na sedlo Zbojska. Tutaj musiałem przekroczyć asfalt, i zobaczyłem trochę cywilizacji. Był nawet zajazd z restauracją, ale nie miałem ochoty do niego wstępować, minąłem tą ostoję cywilizacji i zatopiłem się w las po drugiej stronie drogi wspinając się  znów do góry.

Następny fragment szlaku dość mi się dłużył. Sedlo Diel, kolejne sedlo Banovo, kolejne sedlo Machniarka.. byłem już mocno zmęczony, drogą i wchodzeniem i schodzeniem na kolejne przełęcze i szczyty. W końcu po 9 i pół godzinach dotarłem do Chaty pod Vartou, która wg researchu w necie miała być najlepszą chatką na mojej drodze. Nie była. Chatka była jakaś posępna, ciemna  i smutna. Duża, z piwnicą pełną śmieci, parterem z dwoma izbami, i pięterkiem które wyglądało jak miejsce zbrodni… Z drzwiami z dziurą jak po pięściach, porozrzucanymi butelkami po wódce i brudnymi materacami. No nic zjadłem znów liofilizowany obiad, i siadłem na ganeczku delektując się spokojem.

Gdy zaczęło zmierzchać i ptaki ucichły, cisza niemal świdrowała uszy. Zadekowałem się na parterze. Znalazłem całą siatkę świec więc przy ich świetle postudiowałem chwilę mapę z jutrzejszą drogą i poszedłem spać. Wstałem o świcie. Muszę dodać że w trakcie tej wędrówki ustalił mi się taki naturalny rytm. Wstawałem bez budzika o świcie, kładłem się o zmierzchu, harmonia z naturą. Wstałem rano i przy źródełku przy chatce zrobiłem małe pranie, umyłem się, nabrałem wody i ruszyłem dalej. Dziś miałem wspiąć się na Klenovski Vepor. Szczyt ten wygląda jak typowa góra stołowa, z bardzo stromym podejściem na ten stół, potem płaski odcinek i bardzo strome zejście.

Podchodząc pod górę zauważyłem w liściach coś błyszczącego, gdy podszedłem bliżej zauważyłem że to banknot 20 euro. Zastanawiałem się czy to dobry omen, ale mój naturalny racjonalizm odrzucił te rozważania dość szybko. Doszedłem na szczyt z którego był doskonały widok. Dobrze było widać chatkę w której spałem, pasma przez które wczoraj szedłem, i odległe niekończące się pasma słowackich gór.  Na górze była też skrzyneczka z rożnego rodzaju giftami i książką do której można było się wpisać. Mój wpis w kwietniu był pierwszym w tym roku.

Gdy zbierałem się do zejścia na szczyt weszła z drugiej strony para turystów. To byli jedyni turyści spotkani w czasie całego tygodnia. Zszedłem z Klenovskiego Vepora, najwyższego punktu całej wycieczki i poszedłem w kierunku Tri Chotare, po drodze mijałem mnóstwo świetnych miejsc na namiot, lecz praktycznie nigdzie nie było w pobliżu tych miejsc wody. Po zejściu z Tri Chotare przeszedłem obok przysiółku Kysuca, były tam jakieś zabudowania, ale nie widziałem tam żywej duszy, dalej rozległymi polanami szlak prowadził do do przełęczy Tlsty Javor, przez którą miałem przejść i kawałek dalej spać w szałasie Obrubovaniec.

Jednak polanki były tak kuszące, że stwierdziłem, iż tej nocy będę spał w namiocie. Dodam, że w tym paśmie jest to zupełnie legalne. Do 100 m od szlaku można biwakować w namiocie od zmierzchu do świtu, nie narażając się na żadne nieprzyjemności. Rozłożyłem się w okolicach szczytu Dlhy Grun, zaraz nad przełęczą Tlsty Javor. Położyłem się o zmierzchu do namiotu, i stwierdziłem, że nie będę go zamykał. Leżałem oglądając zachód słońca, i później rozgwieżdzone niebo.

Rano obudziłem się już standardowo wraz z pierwszymi promieniami słońca, spakowałem i ruszyłem dalej. Zaraz na początku drogi miałem ciekawe zdarzenie. Zobaczyłem jak lasem w moim kierunku biegnie jakieś małe zwierzę. Zatrzymało się kilka metrów ode mnie, była to chyba kuna leśna. Popatrzyła na mnie i zaczęła praktycznie szarżować na w moim kierunku, w ostatniej chwili mnie ominęła i przeleciała obok znikając w lesie. Zszedłem na przełęcz jednocześnie żegnając Murańską Planinę i wchodząc w CHKO Polana, chyba jeszcze dziksze pasmo.

Korzystając z tego, że przy wiatce był kosz na śmieci, wyrzuciłem wszystkie odpadki z poprzednich dni. W Polanie przywitał mnie lis chodzący po…. polanie. Popatrzył na mnie i szybko zwiał do lasu. Po jakimś czasie doszedłem do szałasu w którym miałem pierwotnie spać. Był pięknie położony na skraju słonecznej polany, ale sam szałas był mizerny bardzo. Obok niby było źródło, ale był to w zasadzie błotnisty fragment łąki z którego wypływała woda. Nie skorzystałem, bo miałem na mapie dalej zaznaczone źródło. Żałowałem potem tej decyzji… Szedłem przez polany w pełnym słońcu, oglądając na północy pasmo tatr niżnych. W tamtym roku dokładnie o tej porze, szedłem tamtędy w zaspach śniegu po pas, przy minus 10 i wietrze 50km/h. Teraz idę i brakuje kremu z filtrem tak jest gorąco… kwiecień plecień…

Znów miejsca na namiot były epickie – tylko nigdzie nie ma wody… zostało mi 150 ml. Zaraz jednak na mapie miałem zaznaczone źródełko i wiatkę. Woda się skończyła a tu niestety… nie było ani wiatki, ani źródełka… Znacie to uczucie? Skanowanie terenu wzrokiem w poszukiwaniu ukształtowaniu terenu w którym może być woda.. O tu jest taki dział pomiędzy wzgórzami, jest trochę krzaków jakaś bujniejsza roślinność, zejdę może płynie dnem jakiś chodź nikły strumień… Niestety sucho jak pieprz. Coś tędy na pewno okresowo płynie, ale nie teraz… Po jakimś czasie znalazłem jednak mały strumyk. Wrzuciłem tabletkę uzdatniającą wodę, i z niecierpliwością czekałem, aż się woda będzie zdatna do picia… jeszcze tylko 15 minut, jeszcze tylko 5… i wreszcie będę mógł się napić… woda nigdy nie smakuje tak doskonale jak w takich sytuacjach.

Doszedłem do ostatniego szczytu Zakluky, i dalej zaczynało się zejście do doliny Hronu, i las. Tylko nigdzie nie było śladu ścieżki… W końcu jednak udało się jakoś ją znaleźć. W dolinie wg mapy było jeziorko Hroncek. Miałem niesamowitą ochotę w nim się wykąpać także darłem w dół czym prędzej w piekącym słońcu. Drogę znacznie utrudniła mi zrywka. Drwale zostawili na szlaku istne morze gałęzi przez które momentami bardzo ciężko było się przedrzeć. Gdy dotarłem na dno doliny, z przykrością powitałem asfalt, i z jeszcze większą przykrością zauważyłem zakaz kąpieli i nową leśniczówkę zaraz koło jeziorka, a przy niej pana łowiącego ryby. No cóż chyba się tu nie wykąpie. Spodziewałem się dzikiego jeziorka pośrodku głuszy, a tu moje wyobrażenie legło w gruzach.

Zszedłem jednak niżej wzdłuż rzeki, i wykąpałem się w niej już z dala od Pana leśniczego. Odbiłem potem z Doliny w górę na przełęcz na Stompie, zaraz za przełęczą była chatka, ale strasznie mizerna i w sumie daleko jeszcze od mojego dzisiejszego celu. Po drugiej stronie masywu góry Gazdov zszedłem do doliny Jelenovskiego Potoku, i starym ledwo widocznym później asfaltem szedłem wzdłuż niej. Droga strasznie mi się już dłużyła, nie było jednak nigdzie dogodnego miejsca na namiot. Dowlokłem się jakoś po 11 godzinach do małej wiatki na rozstaju szlaków, w której było pięterko na którym miałem spać. Było tam miejsce otoczone kamieniami w którym ktoś już wcześniej palił ognisko także po zjedzeniu obiadu rozpaliłem sobie tam małe ognisko, by chwilę przy nim podumać. Zadumałem się tak, że ognisko przygasło i zaczęło dymić po czym moją zadumę przerwał odgłos czegoś przetaczającego się przez dolinę.

Po chwili uświadomiłem sobie, że to dźwięk samochodu… Czym prędzej zgasiłem ognisko, i chwilę po tym jak udało mi się je zupełnie zagasić przyjechał leśnik. Siedziałem w wiacie jak gdyby nigdy nic, a on podjechał samochodem, lecz nie wysiadł. Przyglądnął mi się jedynie i odjechał. Pierwszy raz mnie coś takiego spotkało i to jeszcze na takim zadupiu… No cóź idę spać. Wdrapałem się na pięterko i mając nadzieje, że nie zacznie padać, bo dach był dziurawy jak sito dość szybko zasnąłem, budząc się dopiero o świcie.

Kolejny odcinek to właśnie ten fragment gdzie mój ojciec miał kilka lat wcześniej miał spotkanie z niedźwiedziem, ja jednak żadnego nie spotkałem. Wygodną stokówką dotarłem do chaty pod Hrbom. Można tam pewnie coś zjeść, ale mimo 5 dnia bez otworzenia do nikogo gęby jakoś nie miałem ochoty tam zachodzić. Odbiłem na północ niebieskim szlakiem w kierunku szczytu o nazwie Źlabky. Ścieżka usłana była suchymi liśćmi w których, aż roiło się od kleszczy, które co jakiś czas z siebie zrzucałem. Niestety jednego nie zauważyłem, i przyjechał ze mną aż do Polski. Nie udało mi się go w domu w całości wyrwać i skończyło się wizytą u chirurga.

Na ostatnim odcinku szlaku miałem jeszcze mała przygodę z nawigacją. Szlak zmieniono w 2007 albo w 2003 już nie pamiętam. Tabliczki jednego i drugiego były pomieszane ze sobą, a moja mapa miała stary przebieg szlaku sprzed zmiany. Szlak wyprowadził mnie więc na manowce, i mimo że wg mapy byłem dokładnie na nim, w rzeczywistości byłem w zupełnej dziczy bez śladu jakiejkolwiek ścieżki. Przedzierałem się zatem przez zagajniki, dzikie polanki i chaszcze, natrafiając znów co jakiś czas na jakieś zwierzęce kości. W końcu udało się z powrotem na szlak trafić. W oddali zaczynałem już widzieć w dole zabudowania Predajnej to koniec mojej trasy…

Miałem oczywiście straszną ochotę zjeść coś innego niż liofile, suszone mięso, czy pestki dyni…. miałem też inne powody dla których warto było do tej cywilizacji wrócić…, ale było jednak szkoda trochę końca tej włóczęgi.

Doszedłem do skraju wioski, gdzie był przystanek kolejowy z nabazgranym sprayem napisem Wonderland… zaiste był przez te 5 dni…

Po dotarciu do auta zrzuciłem z siebie plecak, i poszedłem do restauracji sąsiadującej z parkingiem. Wydałem swoje znalezione 20 euro na cały zestaw lokalnego jedzenia i ruszyłem w drogę powrotną…

 

Mateusz Tarnowski