Tak czasem się zastanawiam – po co to robię…

Dzicz

Po co “tracę” tyle czasu, a pewnie częściowo też monet.
Znajomi się po głowach pukają, część rodziny patrzy na mnie jak na “czubka”

No właśnie…

A poszło o pokonanie 450 km samochodem po to by w pełniej ciemności wystartować bez czołówek (tylko z jednym światłem chemicznym na całą grupę) z marszem przez nieznany las w oparciu o nawigację na kompasie pestkowym i dopiero co otrzymanej mapie. Którą pierwszy raz na oczy widziałem, a w zasadzie jej nie widziałem, bo spojrzeć mogłem na nią tylko i jedynie w nikłym świetle zapalonej na kilka sekund zapalniczki.
Dalej już poszło “z górki” – choć naprawdę skarpa okazała się stroma i nie jedna osoba zjechała z niej kilka metrów.

Ruszyliśmy starorzeczem Wisły, by dotrzeć przez chaszcze do miejsca noclegowego. Lecz nim dotarliśmy nie raz potknęliśmy się na leżącym drzewie, obiliśmy głowę o nisko wiszącą gałąź. Mój polar pewnym czasie wyglądał jak choinka udekorowany rzepami zebranymi po drodze.

Na miejscu przy ognisku koło północy nie pozostało nic innego tylko usypać sobie kopczyk liści, zalegnąć na nim niczym na miękkim materacu i oddać się w objęcia boga Morfeusza.

Na drugi dzień zaczął się już sprawnie, bo światło dzienne pozwoliło już na normalną egzystencję. Krótki spacer, konsumpcja posiadanych niewielkich racji żywnościowych, popijanych Wiślanką przefiltrowaną stworzonym naprędce filtrem, a następnie poddanej gotowaniu.

Dalej znów usypywanie górki z liści i nocleg…
W kolejnym dniu pozostała już tylko ostatnia atrakcja – marsz na ok. 16 km. Niby nie wiele, ale jak się okazuje będąc na głodzie – ostatni raz spożywając jakiekolwiek jedzenie ponad 10 godzin wcześniej. Nawet te marne 16 km było wyzwaniem… Siły wyraźnie opuściły wszystkich… We znaki dało się też pragnienie…

Ach zapomniałem napisać na początku – był to wyjazd z ograniczonym ekwipunkiem. Wszystko sprowadzało się do ubrania, poncha, pół kilograma mięsa na dwa dni i jednego litra wody, która i tak powoli do pierwszego ranka kończyła się. Nie licząc innych drobnych rzeczy, które zalegały w kieszeniach…
No właśnie po co to…

Odpowiedź dla mnie jest prosta…

Dla frajdy przebywania w lesie, dla możliwości sprawdzenia swojej granicy komfortu, dla obudzenia się o piątej rano i oczekiwania na wschód słońca… dla totalnego odcięcia się od cywilizacji. Choć na chwilę poczucia się niczym odkrywca nieznanego lądu…

Ale jest i druga strona – ot po prostu po takiej zabawie w kontrolowanych warunkach człowiek wie jak zachowuje się jego organizm, a ta wiedza w przyszłości podczas wyjazdów może się przydać…

A jak to u Was wygląda ? Napiszcie proszę w komentarzach czy kiedykolwiek myśleliście nad tą sprawą ?

2 KOMENTARZE

    • Lasu nie ma się co bać. W naszej szerokości geograficznej las jest bezpieczny. Ludzie się boją lasu bo w mediach dziwne rzeczy się opowiada…
      Natomiast las ma zbawienne działanie na nasz organizm, poprzez oddziaływanie na człowieka zieleni oraz olejków eterycznych jakie wytwarzają drzewa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wprowadź swój komentarz!
Wprowadź swoje nazwisko