Urho Kekkonen

Wyprawa do Parku Narodowego Urho Kekkonen by Wkręconywlas

Fotografie w Internecie oszałamiały kolorami, a możliwość oglądania zorzy polarnej nie mniej mnie nęciła.
No właśnie i tak wykluł się pomysł, by w roku 2018 na wyprawę udać się nie na wiosnę jak dotąd to czyniłem, lecz w jesieni.
Wystartowaliśmy z Krakowa, by wciągu kilku godzin osiągnąć Ivalo (z krótką przesiadką w Helsinkach). Nie będę się tu rozpisywał, bo temat mało przyrodniczy, a my działamy już prawie automatycznie. Kolejny raz lecimy za koło podbiegunowe, kolejny raz te same lotniska, można by powiedzieć – nic nowego.

Urho Kekkonen

Niemniej jednak za każdym razem gdy wyląduję na lotnisku w Ivalo – położonym dla mnie prawie na końcu świata, składającym się z jednego pasa startowego i jednego budynku hali głównej przypomina mi się film „Przystanek Alaska” i jego klimat. Cisza, spokój i czasem witające przyjezdnych renifery za ogrodzeniem.

W Polsce wszyscy się spieszą, pędzą do przodu, a tutaj ? Tutaj wszyscy pracują jakby w spowolnionym tempie. Mają czas na pracę, ale również na niewymuszony uśmiech, którym Ciebie obdarzą.
Wysiadamy na lotnisku, pogoda w miarę dobra. Widać, że idzie ku dobremu – jest szansa na słońce.
Wsiadamy do autobusu i jedziemy do miejscowości Saariselka, gdzie zaplanowaliśmy ostatnie zakupy i start wyprawy.

Urho Kekkonen
Po drodze wyglądamy czy przed Saariselką przydarzy się nam się i tym razem wspaniały widok stada kilkuset reniferów przemierzających tundrę – niestety nie tym razem…

Ruszamy w teren

Rozpoczynamy wyprawę na rubieżach Saariselki i wbijamy się w Park Narodowy. Najpierw korzystamy z wytyczonych tras, by wraz z oddalaniem się od miejscowości zacząć iść przed siebie poza szlakiem. Czyli robić to co jest kwintesencją moich wypraw – Iść, gdzie Cię nogi poniosą, by na wieczór dotrzeć do zaplanowanego miejsca noclegu. Przyjęty sposób poruszania się po Parku Narodowym skutkuje możliwością zobaczenia dziewiczych i zapomnianych dolin, a jednocześnie obserwowania dzikich zwierząt, które „odsunęły” się od głównych tras uczęszczanych przez ludzie. W tym roku pozwoliło nam to na zaobserwowanie dwóch naprawdę pięknych stad reniferów oraz prawdopodobnie łosia umykającego na płaskowyżu w oddali.

Urho Kekkonen

Park Narodowy

Zgodnie z miejscowym prawem Parku Narodowego Urho Kekkonen możemy poruszać się dowolną trasą niemniej jednak noclegi i palenie ognisk musi odbywać w wyznaczonych miejscach.
Park ten co roku w jesieni odwiedza bardzo dużo turystów (jak na tamte standardy), co widać na wyznaczonych szlakach oraz wieczorami przy domkach. Niemniej park jest na tyle duży, że spokojnie w ciągu dnia można zaznać samotności w górach, a wieczorem miło przy ognisku wymienić w doświadczenia w międzynarodowym towarzystwie czy to w zakresie odbytej trasy czy tej planowanej oraz warunków panujących w terenie. Wszyscy podczas takich spotkań wymieniamy informacje i przekazujemy sobie cenne uwagi.

Urho Kekkonen
Bardzo miło wspominam tego typu rozmowy podczas leniwie spędzanego odpoczynku przy ognisku.
Pomimo, że w tym roku planowaliśmy nocować w wyznaczonych miejscach oraz był dostęp do pewnej infrastruktury parku w formie domków i zadaszeń, biorąc pod uwagę ilość ludzi należało liczyć się z tym, że nie wszędzie będzie to możliwe. W związku z powyższym na wyposażeniu mieliśmy namioty lub tarpy.

Urho Kekkonen

Pierwszy nocleg

Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w miejscu, gdzie znajduje się tylko laavu. Dochodzimy do miejsca i jest pusto. Jedynie mały dymek leniwie snujący się z ugaszonego paleniska oraz zapach pieczonych kiełbasek sugeruje, że przed nami/w ciągu dnia ktoś tu był.
Szybkie ogarnięcie obozu (zorganizowanie drewna, rozpalenie ognia, rozpakowanie plecaków) i zasiadamy do kolacji.

Kończymy rozpakowywanie się już po ciemku. Jutro będzie trzeba się pospieszyć by rozpakować się za dnia. To co innego niż podczas wiosennych wypraw, kiedy panuje tu polarne lato. Teraz słońce tu zachodzi i robi się całkiem ciemno. Jedyna różnica we wrześniu między Polską, a tym rejonem to, że każdego dnia ucieka nam prawie dziesięć minut dnia (będziemy to czuć pod koniec wyprawy, gdzie ucieknie nam z dnia cała godzina).
Powoli zasypiamy… w blasku ogniska.
Rano wstajemy i mamy gości na śniadaniu. Kilka reniferów zdecydowało się na wspólne śniadanie z nami w obozie, skubiąc nieopodal trawę. Widok wspaniały zwłaszcza, że w stadzie znajduje się jeden biały renifer niczym duch przesuwający się wśród drzew. Właśnie dla takich śniadań tu przybywam.

Urho Kekkonen

Zwijamy obóz i ruszamy dalej. Kolejnego dnia planujemy nocleg w domku lub w jego okolicy. I znów poruszamy się przed siebie przekraczając raz po raz małe potoczki.
I tu idealnie spisują się moje wysokie buty. Większość potoków mogę pokonać bez ich zdejmowania.

Urho Kekkonen

Pod koniec dnia dochodzimy do dużej rzeki. Po próbie jej przekroczenia – rezygnujemy. Maciej próbuje wysądować dno, ale woda jest za głęboka, a prąd za mocny. Nie ma sensu ryzykować wywrotki z ekwipunkiem, o który i bardzo się troszczymy, aby jak najdłużej był suchy. Nie pozostaje nam nic innego jak nadłożyć 5 kilometrów do najbliższego mostku, by osiągnąć domek, który już widzimy po drugiej stronie rzeki.

Wieczorem dotarliśmy do chatki. Była już częściowo zajęta, ale udało się nam jeszcze zmieścić w środku.
Finowie naprawdę potrafią napalić w tych chatkach. Jest w nich wtedy tak gorąco, że nie da się wytrzymać. Dlatego też wolałem spać na zewnątrz tym bardziej , że pogoda jest ładna więc nie ma się co dusić wewnątrz.

Urho Kekkonen

 

Kolejnego dnia wyruszamy przed siebie – tym razem z uwagi na duże różnice wysokości terenu planujemy wydrapać się na górę i iść garbem powyżej lasów, by ominąć utrudnienia związane z terenem oraz przedzieranie się przez las. Po wyjściu na górę pogoda znacznie się poprawiła i ukazały się nam piękne widoki nieprzemierzonych obszarów.

Wieczorem osiągamy kolejną miejscówkę – lecz tu okazuje się, że domek wypełniony jest po brzegi, a do tego wokół stoi kilka namiotów. W sumie nie ma się co dziwić, gdyż o jeden dzień marszu z tego miejsca można dotrzeć do parkingu.
Rozbijamy obóz i przygotowujemy się do kolacji. Wieczorem chmury całkowicie się rozchodzą i wita nas pięknie rozgwieżdżone niebo oraz to, po co tu między innymi przejechaliśmy o tej potrze roku… Zorza Polarna – tego dnia była chwilami tak mocna, że drzewa rzucały cień. Pięknie mieniące się niebo.

Urho Kekkonen

Kolejny dzień, kolejny etap wyprawy. Przez płaskowyż przeskakujemy do sąsiedniej doliny na drugą stronę gór , a po drodze miliony borówek, wielkich niczym borówka amerykańska, słodkich tak, że przez całą drogę spowalniają nam tempo marszu. Jeśli się zatrzymasz i sięgniesz do nich to już przepadłeś.

Borówki przygotowane w gorącej czekoladzie są obłędne. Cały czas idę i tylko nudzę czemu ja nie kupiłem sobie śmietany w Saariselce, czemu nie kupiłem…

Urho Kekkonen

Tak więc pamiętaj drogi Turysto, jeśli jedziesz do Parku Narodowego Urho Kekkonen we wrześniu – nie wybieraj się nigdzie nie kupując uprzednio śmietany w sklepie.

Na płaskowyżu mamy możliwość obserwowania z kilkudziesięciu metrów dużego stada reniferów – dorodne stado z samcami z wielkim porożem. Stoimy przez kilka minut naprzeciwko siebie i obserwujemy się wzajemnie. Renifery z natury są bardzo ciekawskimi zwierzętami. Później każdy niespiesznie udaje się w swoją stronę.

Urho Kekkonen

Późnym popołudniem schodzimy z gór i udajemy się przez bagna na miejsce naszego noclegu.
Na miejscu okazuje się, że domek, który miał być miejscem naszego noclegu jest za mały dla naszej czwórki, a do tego ma zepsuty piec. Rezygnujemy z tej miejscówki, po krótkim odpoczynku decydujemy się iść kolejne 2 km i tam zanocować.

Urho Kekkonen

To był strzał w dziesiątkę gdyż, tej nocy będziemy spać pod dachem. Pogoda piękna jak wczoraj więc i tym razem będziemy mieli przymrozek.
Po rozpakowaniu i kolacji nie pozostaje nic innego, jak udać się nad jezioro, by obserwować „poczwórną” zorzę polarną (podwójna na niebie odbita w gładkim jak stół jeziorze), a następnie udać się do sauny, by wygrzać kości.

Korekta trasy

Po drodze mijamy kolejnych turystów. Widząc taką ilość osób decydujemy się skorygować tak trasę, by kolejne noclegi wypadały nam przy Laavo, gdzie zazwyczaj się nie zatrzymują na noclegi.
Takie podejście do sprawy powoduje, że mamy więcej spokoju w miejscach noclegów, bo już do końca wyprawy będziemy nocować w takich miejscówkach sami.

Urho Kekkonen

Po kilku dniach szybko popadamy w rutynę – rano śniadanie, zwijanie obozu i wymarsz. Idziemy przed siebie, co jakiś czas korygując trasę w oparciu o mapę, GPS i dojrzane w okolicy ciekawe miejsca warte odwiedzenia.

Niestety pogoda się psuje i zaczyna lać. Najpierw nieznacznie, a później już porządnie. Droga, którą idziemy zamienia się w koryto potoku. Co prawda wody w nim nie za dużo, ale zawsze to powyżej kostek. Wszystko mokre… – wymarzony test dla niejednego z producenta obuwia. I prawdę mówiąc wody jest tyle, że nie ma to większego znaczenia czy idziesz środkiem drogi po kostki w wodzie czy idziesz bokiem przeskakując z jednej kępki trawy na kolejną. Ja wybrałem dno potoku – przynajmniej jest równo, a buty mam wysokie więc nie ma obaw, że woda wleje się górą.

Urho Kekkonen

Powrót

Wracamy w kierunku Saariselki – teren stał się bardziej „tundrowaty”. Mniej drzew i więcej otwartych przestrzeni. Niestety pomimo, iż temperatura w ciągu dnia utrzymuje się powyżej zera, zrywa się silny zimny wiatr i smaga nas, kiedy idziemy po pagórkach. Temperatura odczuwalna jest dobrze poniżej zera.

Urho Kekkonen

Podążając do przodu mijamy kolejne piękne miejsca. Jednym z punków naszej wyprawy było miejsce, które odwiedziłem w 2002 roku.
Killopa – miejsce, gdzie dociera wielu turystów. Od 14 lat (kiedy tu byłem ostatnio) poza ławeczkami na szczycie nie wiele uległo zmianie. Możemy stąd spoglądać na bezkresne morze pagórków ciągnących się kilometrami. Przy ładnej pogodzie możemy podziwiać piękny widok na cały Park Narodowy Urho Kekkonen.

Urho Kekkonen

Dalej ruszamy naprzód i podążamy, aż do ostatniej chatki przed Saariseką, gdzie doprowadzamy się do właściwego stanu, aby móc wsiąść do samolotu.

Rano wyruszamy na krótkie zakupy dla naszych bliskich i ruszamy na lotnisko.
Kolejne 125 km w terenie za nami.
Jeszcze jeden rzut oka na moje ulubione lotnisko i startujemy do domu. Do zobaczenia za rok.