Skarvan og Roltdalen

Przygotowanie wyprawy

Tym razem las znów zaczął wzywać….

A ponieważ dzieci odrosły już od ziemi i można pozwolić sobie na chwilkę czasu dla siebie, od początku roku rozpocząłem opracowywanie wyprawy.

Przejrzałem wiele ciekawych parków narodowych w Skandynawii następnie przeanalizowałem dokąd można dolecieć bezpośrednio samolotem z Polski w miarę blisko parku – wybór padł na Park Narodowy Skarvan og Roltdalen. Park ten znajduje się w niedalekiej odległości od lotniska – ok. pół godziny dojazdu pociągiem skąd można wystartować już z wyprawą na jego teren.

Czyli w miarę szybko jesteśmy w stanie dostać się z lotniska na miejsce nie tracąc cennego czasu.

 

Dodatkowo jak już pisałem w innym poście nocowanie pod namiotem na terenie parku jest z góry aprobowane bez potrzeby pytania kogokolwiek o taką możliwość – to znacznie upraszcza wszelkie sprawy.

Tak więc przystąpiłem do opracowania wszelkich niezbędnych aspektów wyprawy m.in. związanych z organizacją transportu oraz trasy, którą mieliśmy pokonać.

 

Założenia wyprawy

Przy opracowywaniu wyprawy przyjąłem następujące założenia:

  1. Wyprawa trwająca na miejscu jeden tydzień,
  2. Szybki czas dotarcia na miejsce i powrotu,
  3. Przez cały tydzień poruszamy się w terenie w oparciu o wyposażenie i wyżywienie, które niesiemy na plecach,
  4. Korzystamy z noclegów pod chmurką – namioty.
  5. Przechodzimy dziennie ok. 20 km.
  6. Plan trasy na miejscu będzie dostosowywany do warunków.

 

Wyprawa

30 czerwca 2015 roku rozpoczęliśmy wyprawę.

Przelot samolotem do Trondheim, następnie przedostaliśmy się na słynną na całym świecie ze swej nazwy stację kolejową  Hell i dalej pociągiem podjechaliśmy do miejscowości Guda, gdzie już zaczęliśmy marsz w góry.

Początkowo trasa wiodła drogą, by później z drogi leśnej przejść w ścieżkę. Pogoda piękna, słońce cudowne, aż chciało by się powiedzieć – gdzie te słynne deszcze skandynawskie ?

 

Ścieżką wydostaliśmy się na płaskowyż, gdzie rozbiliśmy wieczorem pierwszy obóz.

Na następny dzień ruszyliśmy dalej z tym że, widok gór na które mieliśmy wspiąć się oraz analiza sytuacji, czyli opóźniona wiosna o miesiąc i góry pokryte śniegiem spowodowały, iż podjęliśmy decyzję o zmianie trasy, aby góry obejść bokiem na wysokości około 800 – 900 m npm poniżej granicy śniegu.  Wierzchołki gór były jeszcze pokryte grubą warstwa topniejącego śniegu co powodowało, iż marsz przez same szczyty gór wiązał się z ryzykiem niepotrzebnych problemów, gdyż w naszych założeniach jak i sprzęcie nie widniał sprzęt zimowy.

Kolejne pasmo gór na widnokręgu już nie było tak znacznie ośnieżone. Była szansa na przedostanie się na drugą stronę pasma.

Na  drodze stał nam jedynie mały potok oznaczony na mapie. Ruszyliśmy na przód.

Po dotarciu do ujścia potoku do jeziora okazało się, że nie był on niestety mały, gdyż topniejący w górach śnieg powodował jego znaczny przybór. Lecz nie tylko ilość toczonej przez niego wody była problemem, ale również jego temperatura. Temperatura wody z topniejącego śniegu była tak niska, że aby zatankować  lodowatą wodę do półlitrowych butelek należało każdą z butelek nalewać inną dłonią, gdyż po kilkunastu sekundach nie czuło się dłoni.

Nie pozostało nam nic innego tylko marsz w górę potoku celem znalezienia przejścia.  Niestety po około dwóch kilometrach daliśmy sobie spokój. Sytuacja się nie zmieniała i brak drzew powalonych nad nim – jednym słowem brak możliwości przejścia. Potok był bardzo zimny plus ogrom wody jaki prowadził zniechęcił nas do podejmowania ryzyka przedostania się na drugą stronę. Nie pozostało nic innego jak rozbić kolejny obóz po nie właściwej stronie i kolejny raz zmienić zasiąść nad mapą aby poszukać nowego przejścia.

Rano pogoda zmieniła się nie do poznania. Niebo zasnuły chmury, temperatura spadła i siąpił ni to mały deszczyk ni to były to chmury nas otaczające. Pogoda pod psem, ale ruszać trzeba. Likwidujemy obóz i ruszamy dalej wzdłuż jezior, aby przebić się na drugą stronę.

 

Na szczęście po kilku godzinach pogoda się poprawia i znów zagościło słońce idziemy naprzód. Trasa znacznie trudniejsza, niż w poprzednich dniach, bo teren podmokły – topniejący śnieg w górach daje o sobie znać.  Torf maksymalnie nasiąknięty dodatkowo pomógł mu też poranny deszcz. Marsz utrudnia w takim terenie potrzeba bacznego stawiania stóp gdyż może się okazać, że właśnie wpadliśmy po kolana lub głębiej w przestrzeń między poszczególne części torfu. Do tego wszystko się ugina i trzeba ciągle analizować trasę przejścia.

 

Po drodze spotykamy Norwega wypoczywającego w swoim domku letniskowym. W czasie rozmowy okazało się, że potok, który pokrzyżował nam plany, jego pięcioletni syn przekracza o tej porze roku w klapkach. Niestety nie tego lata. Opóźniona wiosna i topniejący śnieg w górach spowodowały znaczny przybór wód.

Na szczęście pogoda ładna to i ochota do marszu jest. Ostatecznie po całym dniu marszu lądujemy nad przepiękną zatoczką wraz z pięknym słońcem. Pomimo, iż już wieczór pogoda idealna do brodzenia po wodzie i prób kąpieli. Jako, że jesteśmy tylko około 5 stopni od koła podbiegunowego całą dobę świeci słońce.

Zatoczka skrywa jeszcze jedną tajemnicę. A mianowicie żyłę kwarcu. Tradycyjnie w Polsce największe żyły kwarcu jaki udało mi się zauważyć miały szerokość powiedzmy kilku centymetrów – ta  tutaj miała chyba z pięć metrów i widać było jak wychodziła z drugiej strony jeziora. Dla mnie gigant. Największa jaką wdziałem w życiu. Ot taki mały “bonusik” na zakończenie pięknego dnia.

Rano w świetnych nastrojach ruszamy naprzód. Do przekroczenia mostu na końcu jeziora pozostało nam już niewiele. Zaczęły się domki letniskowe więc i pojawiły się lepsze ścieżki. Po przekroczeniu mostu pniemy się na azymut w kierunku kolejnego miejsca noclegowego.

Dziś kolejna zmiana widoków. Tym razem przyszedł czas na tajgę – gęsty las, po którym musimy kluczyć.  Teoretycznie na mapie mamy zaznaczony szlak –  ścieżkę, ale raczej nie była używana od poprzedniego lata, bo nie mamy pojęcia gdzie jest. Pozostają nam ścieżki zwierząt. Po całym dniu marszu znajdujemy sobie przytulną dolinkę jak się nam zdaje i rozbijamy obóz.  Co do jej przytulności to  może i jest urocza, ale to samo pomyślały sobie komary i jest tu ich niemiłosiernie wiele. Szybka obiadokolacja i komary wraz ze zmęczeniem zaganiają nas do namiotów. Pozostaje powiedzieć sobie dobranoc.

Rano szybkie pakowanie i ruszamy dalej. Niestety obserwacja chmur mówi, że nie uda się nam tak łatwo jak w poprzednich dniach. Już wiemy, że skończyła się taryfa ulgowa. Dziś na pewno nas zmoczy. A trasa do pokonania długa. Teren będzie w miarę otwarty, łatwy do nawigowania, ale duży odcinek do przeskoczenia.

 

W połowie dnia zaczynają nas męczyć deszcze. Deszcze w połączeniu z podłożem po jakim się poruszamy oznaczają tylko jedno – jest naprawdę mokro. O ile w dniach wcześniejszych byłą jeszcze szansa na kawałek suchej drogi to teraz można sobie o tym zapomnieć. I nie zależnie czy masz w bucie membranę czy nie to sytuacja jest identyczna. Mokro…. moja membrana przestała pracować wczoraj. No, ale nie ma się co dziwić skoro but często jest zanurzony w wodzie.

Do tego trudno znaleźć dobre miejsce do rozbicia namiotu.  Wieczór już tuż tuż, a my dalej w trasie. Na szczęście udało się nam dotrzeć do brzegu jeziora. gdzie niedaleko zabudowań rozbijamy namioty – wszystko jest mokre,  krótka kolacja i lądujemy w śpiworach.  Mamy dość.. A przed nami jeszcze dwa dni marszu.

Całą noc mocno leje na szczęście rano się wypogadza. Cóż z tego skoro lasy naciągły wodę w wszędzie jej jest ponad kostki. Do tego dochodzą przegłębienia, które trzeba obchodzić szerokim łukiem  – tracimy niepotrzebny czas.  My już i tak mamy mokre buty tak więc po południu nikt już nie zważa na obchodzenie głębszych miejsc tylko wszyscy brniemy przed siebie.  Wieczorem osiągamy fort Hegra.

Miejsce warte odwiedzenia podczas wizyty w Norwegii. Fort Hegra dzielnie bronił się przed Niemcami podczas drugiej wojny światowej niestety uległ. My mamy wielkie szczęście, bo z uwagi na dość zawiłe znajomości jednego z uczestników wyprawy okazuje się, że uzyskujemy prawo do noclegu w jednym z szańców przebudowanych na punkt rekreacyjny. Mamy wszystko co potrzebujemy.  Polanę na rozbicie namiotów i miejsce na ogień.  Na szczęście pogoda się unormowała i może nie jest najpiękniejsza, ale przynajmniej przestało lać.

Po kilku godzinach jesteśmy prawie wysuszeni. Możemy spokojnie kłaść się spać. Jeszcze tylko wypad o północy na zwiedzanie szańca o który upomniała się przyroda, więc podczas przechadzki możemy obserwować przebieg szańców wykutych w skale lub ułożonych ze skał.  Łoża dla dział, wnęki w skałach dla załogi lub magazyny na amunicję. Wszystko robi niesamowite wrażenie.

Na rano pozostawiamy sobie zwiedzanie głównego fortu. Jest on cały czas otwarty i swobodnie można go zwiedzać.

Na ostatni dzień pozostał nam już tylko marsz wzdłuż asfaltowych dróg, aż do osiągnięcia stacji z której wieczorem odjedzie nam pociąg na lotnisko. Dzień poświęcamy na bumelowanie i leżakowanie nad wodą plus zwiedzanie okolicy. Mamy zapas około połowy dnia z uwagi na to, iż zmieniliśmy trasę.

 

Nie ma to jak sok ze sklepu po kilku dniach jedynie na herbacie i wodzie.  Sączę sobie soczek, leżąc nad wodą i patrząc jak Norwedzy “walczą” z rybami w rzece.

Wieczorem wsiadamy do pociągu trasa znana. Lądujemy na stacji Hell skąd już pozostało około dwa kilometry marszu na lotnisko.  Lotnisko bardzo nowoczesne, ale nie zapomnieli o traperach. Na trawniku przed głównym wejściem po drugiej stronie drogi  stoją dwie wielkie ławy ze stołami, gdzie spokojnie możemy się posilić przed snem. Nocleg “rezerwujemy” sobie tradycyjnie na wykładzinie w poczekalni.  Rano mamy odlot do Polski.

 

Podsumowanie

Wyprawa bardzo udana. Towarzystwo dopisało bardzo wesołe.

No, a pogoda ? Pogoda jak na warunki norweskie nieprawdopodobna. Słońce tak mocno operowało, że krótki rękawek był często w użyciu.  Niestety zgubiło mnie to słoneczko i mnie mocno przypiekło. Już wiem ze do Skandynawii zawsze będę miał krem z silnym filtrem w plecaku, moja “25” niewiele dała. Po prostu o godzinie 21 słońce świeci tak mocno jak u nas o piątej.

Trasa była wielokrotnie zmieniana na miejscu i dostosowywana do tempa marszu ludzi oraz do warunków miejscowych (zresztą taki był plan) – podmokły teren jest bardziej wymagający i czasochłonny niż ten u nas w Polsce. Z taką sytuacją należy się liczyć w tamtych rejonach przy poruszaniu się poza szlakami. Trzeba przyjmować że ok. 15 km w tamtym terenie to ok. 20-25 km u nas szlakami.

Więcej niespodzianek nie było – plan wykonany – człowiek wypoczął i czas wracać do rzeczywistości.

Czas zacząć myśleć o kolejnym roku.

 

Poniżej prezentuję dwa filmy, abyś mógł poczuć atmosferę tego miejsca.