Skałą Szamana - Bajkał

Przygotowanie do wyprawy

Pewnej zimy przeczytałem artykuł o Kolei Transsyberyjskiej w National Geographic. Rozpalił on mój pomysł na wyprawę i tylko czekałem, kiedy los przyniesie mi bilet…

No i przyniósł. W sumie bardzo szybko, bo tylko pół roku później.

Wiosną 2004 znalazłem na jednej z uczelni ogłoszenie, iż poszukuje się chętnych na wyprawę na Syberię nad Bajkał.

Dalej poszło już szybko… Pewien człowiek poszukiwał chętnych na wyjazd na Syberię celem eksplorowania możliwości organizacji wyjazdów w tamte rejony. Przy okazji chciał wziąć grupę, aby ograniczyć swoje koszty. Tak więc koszty organizacji wyjazdu były minimalne w rozbiciu na 12 osób uczestników. Nie można było nie skorzystać.

Uzgodniony został plan, zebrała się grupa i ustalono wszystkie niezbędne sprawy. Jeszcze tylko wiza w paszporcie i 1 sierpnia 2004 roku wystartowaliśmy wynajętym busem do Lwowa, a dalej pociągiem do Moskwy.

Kolej transsyberyjska

W Moskwie jeden dzień na krótki rekonesans i wsiadamy do kolejnego pociągu już właściwej kolei transsyberyjskiej. Czekało nas kolejne 5 dni podróży – aż do samego Irkucka – 5200 km.

Jazda pociągiem kolei transsyberyjskiej to całkiem coś innego niż jazda zwykłym pociągiem. Poczynając od tego, że ludzie pokonują bardzo długie dystanse to jeszcze dodatkowo jadąc wagonem „Plackarta” wszyscy tworzą jedną wielką „rodzinę”.

Wagon nie posiada przedziałów, a jedynie nazwijmy to boksy w których zlokalizowane są po cztery miejsca do spania. Dodatkowo wzdłuż korytarza mamy dodatkowe 2 miejsca do spania przy każdym boksie. W sumie „rodzina” liczy 65 osób. Zmienia się ona codziennie w miarę pokonywania kolejnych kilometrów.

Taki układ chcąc nie chcąc powoduje, że twoi sąsiedzi się tobą interesują i vice versa. Mając dodatkowo dużo czasu między postojami rozpoczynają się wielogodzinne pogaduchy na różne tematy. Ostrzegam nie wchodzimy na tematy polityczne, gdyż to jest grząski grunt w Rosji.

Jako, że jechaliśmy właśnie takim wagonem będąc obcokrajowcami byliśmy obiektem zainteresowania miejscowych. Myślę, że dodatkowo było to spowodowane tym, że zazwyczaj obcokrajowcy jeżdżą wagonami sypialnymi lub kuszetką. Nam jednak zależało na „złapaniu atmosfery podróży” w stylu autochtonów.

Życie w pociągu biegnie od stacji do stacji na których to pociąg zatrzymuje się na około pół godziny w celu wymiany lokomotywy. W tym czasie możemy dokonać zakupu naszego wyżywienia bezpośrednio na peronie.

Panuje tu miejscowa kuchnia, a ceny są przystępne. W zasadzie można przyjąć, że nie ma sensu kupować za dużo rzeczy na czas przejazdu, bo wszystko można dostać na miejscu. Poczynając od miejscowych pierogów poprzez ryby, kurczaki gotowane i grillowane, a kończąc na takich przysmakach jak raki.

Po szybkim zakupie – wszak zakupu musi dokonać kilkaset osób z całego pociągu, wszyscy wsiadają na powrót do wagonów i zaczynają ucztę. Często zdarzało się, że poszczególne boksy/przedziały ucztują razem. Należy też wiedzieć, że w każdym wagonie jest zawsze włączony samowar (no chyba, że nie działa) więc jest dostęp do gorącej wody. Korzystanie z samowara czasem może się to różnie skończyć np.: sensacjami żołądkowymi. W takim wypadku jest trudno, bo na 65 osób przypadają tylko dwie toalety.

Wracając do przyjemniejszych spraw za oknem codziennie zmienia się widok więc można się zanurzyć w rozmyślaniach. W innym wypadku pozostają rozmowa (najczęściej), granie w karty, czytanie książek (warto coś wziąć ze sobą przynajmniej w jedną stronę).

Jeszcze przed wyjazdem podczas przygotowań moją lekturą do poduszki był przewodnik Bezdroży. Z całego przewodnika zapamiętałem jedno. “Po wejściu do pociągu kolei transsyberyjskiej wyrzuć zegarek. Tam gdzie jedziesz nie będzie Ci już potrzebny.” I rzeczywiście, na wschodzie życie biegnie w innym rytmie. Wszyscy mają na wszystko czas. Europejska gonitwa ku „lepszej przyszłości” tu nie istnieje.

Bajkał

Czas – mieliśmy pod dostatkiem – cały miesiąc. Na podróż plus zwiedzanie na miejscu. Posiadanie dużej ilości czasu opłaciło się nam wielokrotnie. Plan był prosty i staramy się go wykonać z możliwą dokładnością +/- 2 dni. Dodatkowo możliwe są zmiany planu w czasie całej wyprawy. Jedyne co nas trzymało to data i godzina odjazdu pociągu powrotnego z Irkucka.

Czasami negocjacje wynajmu busa czy kutra rybackiego ciągły się niebagatelnie długo i wymagały spokoju ducha, ale taki już urok tamtych rejonów. Jeśli tylko pokażesz, że ci się spieszy to przepadłeś i płacisz co najmniej podwójnie.

Tak więc z Irkucka dostaliśmy się na wyspę Olchon wynajętym busem.

Na wyspie Olchon wciągu kilku dni przeprowadziliśmy rekonesans okolic miejscowości Chużyr, niedaleką skałę Szamana oraz wybraliśmy się na krótką jednodniową wyprawę wzdłuż wyspy wynajętymi samochodami terenowymi marki GAZ. Atrakcji było co nie miara, bo właśnie spadł deszcz i drogi gruntowe rozmokły. Nasi kierowcy byli jednak obyci z tematem więc bardzo dobrze sobie radzili z sytuacją. Później jeszcze ognisko, a na nim pieczenie miejscowego przysmaku ryb Omuli.

Wierzcie mi wracać się nam nie chciało. Do tego wszystko nad brzegiem Bajkału.

Wieczorem w miejscu noclegi czekała na nas rozgrzana bania.

Po kilku dniach (krótkie 2 dniowe opóźnienie z uwagi na ciągłe zmiany wypłynięcia przez Kapitana kutra) udało się nam wreszcie wypłynąć kutrem w kierunku półwyspu Święty Nos.

Pogoda piękna więc w czasie 10 godzinnej podróży zajęliśmy się podziwianiem pięknych widoków okolic. A jest co oglądać, bo Bajkał leży na ok. 450 n.p.m. Bezpośrednio z jego brzegów wychodzą półtora i dwutysięczniki. Oszałamiający widok – można siedzieć godzinami i patrzeć.

Po przepłynięciu wzdłuż półwyspu i wybraniu interesującej nas zatoczki, kuter dopłynął do brzegu najbliżej jak tylko się udało, a dalej po trapie wykonanym z wąskiej deski desantowaliśmy się na brzeg. Deska długa i wąska więc nie obyło się bez jednej przymusowej kąpieli.

Znaleźliśmy kawałek polany, która miała nam posłużyć przez najbliższe dwa dni za nasz dom.

Rozbiliśmy namioty i zabraliśmy się za kąpiel i jedzenie.

No i tu nastąpiła chwila prawdy. Właśnie uspokoił się wiatr, a jak tylko przestało wiać z lasu wyleciały chmary komarów i meszek. A ilość tego paskudztwa była ogromna, że musieliśmy się salwować ucieczką do namiotów, bo nawet dym z ogniska im nie przeszkadzał.

Rano po zwinięciu obozu i ukryciu sprzętu w lesie wyruszyliśmy zdobywać szczyty półwyspu. Marsz rozpoczął się przez tajgę, która rozgrzana otoczyła nas tysiącem zapachów. Do tego tu i ówdzie pokazywała się nam fauna. Najczęściej były to wiewiórki syberyjskie zwane Burunduk. Zwierzęta z uwagi na małą ilość ludzi nie bardzo się ich boją i pozwalają, aby podejść do nich blisko.

Po przekroczeniu granicy lasów zaczęliśmy się wspinać na szczyt. Grupa po wdrapaniu się na górę ledwo żyła. Siedzimy i odpoczywamy, a tu sobie biegnie rosyjski sportowiec w krótkich spodenkach i podkoszulku. Nie ma się co później dziwić, że wygrywają i zgarniają medale na olimpiadach.

Po powrocie z góry znów walka z meszkami i do spania, bo rano czeka nas 30 km marszu do Ust-Barguzin.

Na szczęście po niecałych 5 kilometrach okazało się, że miejscowa rodzina z Ułan Ude przyjechała autobusem na weekend. Tak się dobrze składa, że mają w połowie pusty autobus i możemy się z nimi zabrać w drogę powrotną. Krótkie negocjacje, wspólny obiad i jedziemy.

Tym razem się udało, bo dojechaliśmy do samego Ułan Ude. Zarobiliśmy co najmniej dwa dni.

Uan Ude

Lądujemy w hotelu robotniczym za całe 2 dolary za nocleg. Standard jak w namiocie z tym, że tu są karaluchy, ale przynajmniej ciepły prysznic po tygodniu w terenie.

Kolejne 2 dni to zwiedzanie miejscowego skansenu, wizyta w Dacanie Iwołgańskim oraz oglądanie największej głowy Lenina na świecie.

Krótki odpoczynek i dalej w trasę, jedziemy do Sludianki. Po przybyciu okazuje się, że jesteśmy trzy godziny przed odjazdem miejscowego autobusu do miejscowości Arszan. Możemy czekać, ale podchodzimy do miejscowego busa i pytamy o cenę. Niestety zaserwowano nam cenę jak dla bloku zachodniego. Więc chwilowo rezygnujemy.

I tu trzeba wiedzieć, że w tamtym rejonie obowiązują trzy stawki. Stawka dla autochtonów, stawka dla turystów z byłego bloku wschodniego oraz trzecia stawka dla pozostałych osób.

Zaserwowano nam oczywiście trzecią stawkę i pierwsze negocjacje nic nie dały. Więc poinformowaliśmy kierowcę busa, że czekamy na autobus i wycofaliśmy się na dworzec.

Po godzinie dalsze negocjacje i nic. Ale po kolejnej godzinie kierowca „zmiękł” i sam przyszedł do nas i zaproponował właściwą kwotę.

Wsiadamy i jedziemy do Arszanu.

Tuż za ostatnimi domami rozbijamy obóz. Jutro planujemy wypad na miejscowy szczyt.

Obok naszego obozu mieszka grupa młodych sportowców, są na obozie treningowym.

Rano startujemy na górę. Zajmuje nam to około 2-3 godzin, bo nie znamy trasy, a szlaku nie ma. Miejscami musimy nadkładać drogi, bo się okazuje, że trafiamy na ściany skalne.

Widok z góry jest niesamowity. Po widnokrąg góry, tak jak by ktoś sklonował dwudziestokrotnie nasze Tatry.

Po wycieczce wracamy do obozu. Okazuje się, że młodzi sportowcy dziś też trenowali. Może warto to opisać. Tak więc po rozgrzewce trener zasiadł na leżaczku, na kolana wziął sobie lornetkę i gazetkę. Trzy cztery start. Pobiegli…. Pobiegli na szczyt na który my wdrapywaliśmy się pół dnia. Z tym, że młodzież miała na to 40 minut. Trener przez lornetkę obserwuje postępy uczestników obozu. Kto nie zmieści się w założonym czasie biegnie jeszcze raz. Osobliwa forma treningu.

Nazajutrz się pakujemy i jedziemy do Sludianki, zwiedzamy muzeum minerałów i czas, by wsiąść do pociągu, który jedzie najstarszą częścią kolei transsyberyjskiej tuż nad brzegiem Bajkału (obecnie trasa już jest zamknięta). Trasa jest malownicza, kręta i pełna tuneli. Przejechanie trasy miało nam zająć trzy godziny, a zajmuje osiem. Okazuje się bowiem, że w pierwszym wagonie za lokomotywą jest sklep w którym miejscowi na poszczególnych stacjach dokonują zakupów. Dodatkowo na jednej ze stacji stajemy na dłużej – trzeba rozładować ostatni wagon desek. Po półtorej godzinie ruszamy dalej. Ostatecznie mocno spóźnieni docieramy do miejscowości Bajkał. Ledwo zdążamy na ostatni prom przez rzekę Angarę i już jesteśmy koło Listwianki.

W Listwiance spędzamy dwa ostatnie dni nad Bajkałem. Udaje się nam odwiedzić miejscowy targ oraz zakosztować wędzonych Omuli.

W ostatnim dniu Bajkał żegna nas przepięknym zachodem słońca.

Dalej powrót do Irkucka i koleją transsyberyjską do Moskwy i przez Białoruś do domu. Po miesiącu takiej wyprawy jeszcze długo nie jestem w stanie wziąć się od razu do pracy. Człowiek u nas pracuje u nas całkiem na innych obrotach.