Karpaty

Crex w Karpatach

Wróciliśmy z udanego wypadu na Ukrainę. Spędziliśmy tam 8 dni w górskim terenie. Pokonaliśmy ponad 100 kilometrów z plecakami. Suma podejść około 5500m. Szliśmy wolno po to żeby przebywać z górami, cieszyć się nimi. Wszystko przebiegło zgodnie z planem.

12 lipiec – Wyjazd

Dziś nadszedł ten dzień, gdzie po wielu miesiącach przygotowań, doboru ekipy ruszamy w Ukraińskie Karpaty. Odjazd z dworca PKS Bydgoszcz autobusem do Ivano-Frankiwska o godzinie 10:00. Ustaliliśmy, że spotykamy się o 9:30. Ekipa w komplecie. Sprawdzamy paszporty, bilety, ubezpieczenia. Oceniamy i porównujemy wagę plecaków. W tym momencie nie za bardzo można już coś zostawić, jedynie wyrzucić do śmietnika. Wszystko co mamy będzie z nami przez kolejne dni. Podjeżdża autobus, pakujemy bagaże do luku i zajmujemy miejsca na tyle. Mając doświadczenia z poprzedniego roku, upewniamy się, że toaleta w autobusie jest nieczynna.

Ruszamy ku przygodzie, jednak najpierw niemal doba podróży w autobusie. Poznań… Wrocław… Katowice… Czas leci w innym tempie. Obliczamy o której na granicy. Kawałek przed Krakowem przy zjeździe z autostrady trzask, stukot. Jedziemy jeszcze kawałek, ale wszyscy wiedzą już, że mamy awarię. Zatrzymujemy się na parkingu i zastanawiamy się co będzie dalej. Ukraińscy kierowcy zabierają się do naprawy, ale trudno to przyjąć z optymizmem. Kręcimy się po parkingu, obserwujemy lądujące i startujące samoloty na pobliskim lotnisku. Stoimy tuż przy jego ogrodzeniu. Krzychu zajął miejsce blisko odkręcanego koła i siłą umysłu pomaga w naprawie.

Dostajemy zapewnienie od jednego z kierowców “jutro budjesz w gorach, nie martw się”. Czekamy i po kilkunastu minutach okazuje się, że problemem są klocki hamulcowe, które sprawnie zostają wymienione na nowe z zapasu i ruszamy…

13 Lipiec – Ukraina

Pokonanie kontroli i małej kolejki to trochę ponad godzinę oczekiwania. Jesteśmy już na Ukrainie. Najpierw Lwów i dalej prosto do Ivano-Frankiwska. Na miejscu mamy umówionego zaprzyjaźnionego ukraińskiego przewoźnika Tarasa, który ma nas przewieźć jeszcze ponad 100 kilometrów w góry. Po drodze wysyłam smsa… “Taras.. 80 km Ivano-Frankivsk”. Dostaję po chwili odpowiedź.. “ja budu 9:40”. Przestawiamy zegarki na godzinę w przód i czekamy na koniec trasy autobusem. Oglądając widoki za oknem nawet nie wiadomo kiedy mija czas i kilometry. Dojechaliśmy.

Wysiadamy i rozglądamy się czy jest już Taras. Mamy jeszcze trochę czasu jednak nasz kolega podjeżdża już busem. Więc wszystko idealnie się układa. Witamy się, rozmawiamy trochę po ukraińsku trochę po polsku. Z komunikacją nie ma większych problemów. Chcemy jak najszybciej w góry. Część ekipy wymienia jeszcze złotówki na hrywny i wyjeżdżamy do Jasinii. Tam ma się zacząć i również zakończyć nasza piesza wędrówka po górach. Po drodze uzgadniamy, że Taras po wędrówce przyjedzie nas odebrać i przewiezie do Ivano… Zatrzymujemy się w okolicy Jaremcza w lokalnym mini browarze na degustację piwa. Docieramy do miejsca skąd dalej pójdziemy już na pieszo. Pożegnanie z Tarasem i wspólna fotka przed wyjściem.

W planach mamy jeszcze coś zjeść i uzupełnić wodę zanim wejdziemy w góry. Rozglądamy się za miejscem gdzie można coś zjeść, gdy podchodzi do nas ratownik górski. Pyta skąd jesteśmy i czy idziemy w góry. Prosi, żeby pójść i zapisać się dokąd wychodzimy, w jakim składzie, kiedy wracamy. Wszystko w celu bezpieczeństwa. Ruszamy we dwóch z Miśkiem za ratownikiem do ich biura. Po drodze słyszymy o kilku ostatnich wypadkach w górach. W budynku ratownik pokazuje nam sprzęt górski jakim dysponują, witamy się z drugim z ratowników i próbujemy mówić, gdzie idziemy. Petros.. Hoverla… Pip Ivan.. Luhy.. Rachiv.. Przerywa ratownik.. “to gdie wy idjetie?”. Po kolei. Tak jak mówimy. Michał wyjmuje mapkę z naniesioną trasą przejścia. Ratownik patrzy marszczy czoło i mówi… “Sasza.. Patrzaj, gdie Polaki idut..”. Ogarnia ich trochę podziw, a trochę niedowierzanie. Zapewniamy, że jesteśmy przygotowani i damy radę. Dostajemy kilka porad odnośnie burzy, zostawiamy mapkę i załatwione. Po powrocie musimy się odmeldować, ale do tego czasu sporo dni w górach. Ustaliliśmy, że zgłosimy się w piątek za tydzień.

Dzisiaj jest czwartek. Dołączamy do reszty ekipy, wchodzimy na obiad i w trakcie jedzenia nadchodzi oberwanie chmury. Ulewa.. No nic.. Poczekamy… Pół godziny i wychodzi słońce. Ruszamy. Wydaje się, że góry nas zapraszają. Szukamy wejścia na szlak, łapiemy wysokość. Mijamy ostatnie zamieszkałe domy. Wchodzimy na łąki gdzie pasą się krowy. Dzisiaj chcemy podejść tylko trochę, znaleźć miejsce na nocleg i odpocząć po podróży. … Pasterze w górach dzień zaczynają wcześnie. Tuż ze świtem wychodzą ze swoich kolib na połoninach i zajmują się, krowami, owcami, kozami. Pomagają im w tym psy. Tego dnia po całym dniu wypasu, zaganiając owce do zagrody jeden z nich zauważył w dole jakiś ruch. Pojawili się ludzie z plecakami. Powolnym krokiem zmierzają w wyższe fragmenty połoniny. Nie przerywa swoich zajęć. Takie sytuacje są wpisane w ich życie… Dochodzimy do najwyżej położonego skrawka połoniny Szosa. Tam widzimy, że ktoś ma rozłożony namiot. W pobliżu szukamy miejsc pod nasze namioty. Rozkładamy się. Namiot niedaleko to Ukraińcy. Kolacja.. Mycie.. Odpieranie ataków ciekawskich kóz i owiec. Noc spokojna i względnie ciepła.

14 lipiec – Petros

Rano okazuje się, że rzeczy naszych sąsiadów zostawione przy ognisku są porozrzucane, a Karolowi zniknęły kije trekkingowe, które zostały wbite w ziemię przy namiocie. Po śniadaniu zwijamy sprzęt, filtrujemy wodę z potoku na drogę. Zbyt dużo zanieczyszczeń w okolicy, żeby ryzykować i pić wodę bezpośrednio. Z małym niesmakiem ruszamy ku szczytowi Petrosa. Idziemy powoli tak żeby cieszyć się widokami i spędzać czas z górami.

Wchodzimy na szczyt. Pogoda rewelacyjna. Widoki niesamowite.

Odpoczywamy i kalkulujemy, gdzie dziś wypadnie nocleg. Przed nami kolejny szczyt to Hoverla. Podejmujemy decyzję, że śpimy u jej podnóża. Jak się okazało później była to bardzo dobra decyzja. Zejście z Petrosa było bardzo strome i niebezpieczne biorąc jeszcze pod uwagę to, że mamy spory ciężar na plecach. Zeszliśmy spokojnie i doszliśmy do podnóża kolejnej góry. Musieliśmy opłacić wejście do rezerwatu. Przy okazji dostaliśmy wskazówkę, gdzie możemy rozłożyć namioty. Wieczór spędzamy przy ognisku i szybko kładziemy się spać.

15 lipiec – Hoverla

Dziś ruszamy na najwyższy szczyt Ukrainy. Pogoda cały czas nam sprzyja. Ruszamy w górę. Podejściu towarzyszą niesamowite widoki które łagodzą trud. Docieramy na szczyt. Jest sporo ludzi. Po wierzchołku przetaczają się chmury. Raz po raz zakrywają fragmenty krajobrazu. Robimy zdjęcia, chwila odpoczynku. Przypinamy plakietkę Crex do jednej z wielu ukraińskich flag na szczycie i ruszamy w masyw Czarnohory. Celem jest Jezioro Niesamowite.

Droga dostarcza tylu zapierających dech w piersiach widoków, że trudno wybierać co i czy fotografować. Zbierają się chmury i obawiamy się deszczu. W tyle za nami widać rozgrywający się spektakl. Napływające ciężkie chmury nie są w stanie przeskoczyć nad granią. Wiatr zabiera je i kotłuje. W pewnym momencie zaczynają się przetaczać i otula nas mgła. Jednak tylko na chwilę. Tylko po to żeby zamaskować atak gradu, który nas dopadł.

Opad nie trwał długo. Wiatr rozwiewa już chmury przed nami. Ostatni szczyt przed jeziorem niesamowitym to Turkuł. Część z ekipy omija sam wierzchołek i umawiamy się na spotkanie za nim na połączeniu szlaków. Dla tych co weszli na sam szczyt góry przygotowały nagrodę. Widoki ponad chmurami, pomiędzy chmurami, w dole jeziorko.

Trudno to opisać a i zdjęcia nie oddają tego wszystkiego. Po nasyceniu się widokiem schodzimy do reszty grupy. Razem schodzimy jeszcze trochę niżej i jesteśmy nad jeziorem, gdzie zamierzamy spędzić noc.

Jest sporo namiotów, wybieramy odległe miejsce żeby mieć trochę prywatności dla siebie. Na początek kopiemy dół żeby chociaż zakopać śmieci pozostawiane przez innych turystów. Niestety panuje zwyczaj zostawiania wypalonych śmieci w ognisku. Tego dnia kilka osób wchodzi jeszcze raz na szczyt Turkuła, żeby obserwować zachód słońca. Jest nieźle. Tuż przed samym zachodem chmury odkrywają ostatnie promienie słońca. Można by powiedzieć błyski. Po zachodzie robi się zimno. Schodzimy do obozowiska. Kilka minut przy palącym się jeszcze ogniu i wskakujemy do namiotów. Zbyt zimno na posiedzenie pod gołym niebem. Noc spędzamy na wysokości 1760 m.

16 lipiec – Pop Ivan

Dla mnie, Karola i Szymona ten dzień zaczął się pobudką 4:30. Idziemy ponownie na szczyt Turkuła na wschód słońca. Wychodzimy po ciemku z namiotów, na zewnątrz kompletna mgła. Łuny czołówek wyglądają efektownie. Może u góry nie ma mgły. Ruszamy ostrym tempem. Po kilkunastu metrach… Brak mocy.. Walka o oddech.. Co jest? To wysokość i rozleniwiony snem organizm… Dajemy sobie chwile na odpoczynek i dużo spokojniej ruszamy. W całkowitej ciemności i mgle dochodzimy na szczyt. Czekamy.. Czekamy.. Mgła.. Wschodu nie było widać. Mimo tego uznajemy, że warto było.

Szybkie już zejście do obozu na śniadanie. Mgła jest wszędzie. Tego ranka jemy w namiotach. Pogoda nie zachęca do siedzenia w bezruchu na zewnątrz. Szybkie pakowanie i ruszamy na Popka ( góra Pop Ivan). Problem jest taki, że idziemy w całkowitej mgle. Ustalamy się, że nie dopuszczamy do rozdzielania się, gdyż może to być niebezpieczne. Widoczność mamy na maksymalnie 10 metrów. W takim klimacie odizolowania mija kilka godzin. Z hipnozy i własnych przemyśleń wytrącają raz po raz silne poduchy wiatru na grani. Słowo na to przedpołudnie to “przeciera się”. Faktycznie przecierać się zaczęło w okolicy samego Popa Ivana.

U samego podnóża zjedliśmy w zaciszu obiad. Oglądając raz po raz odsłaniane przez chmury krajobrazy. Wejście na sam szczyt było już szybkie. Popek uraczył nas widokami. Znajdujące się tam ruiny polskiego obserwatorium są na etapie odbudowy. Nie udało nam się wejść do środka. Podziwiamy widoki i w dół. Szybujące wokół szczytu kruki… Ostre zejście po kamieniach zajmuje trochę czasu. Ustalamy, że schodzimy gdzieś do linii lasu i rozwijamy się na noc. Po ostrym zboczu idzie się szybko. Dochodzimy do lasu i pojawia się pomysł .. Za kilka kilometrów na naszej trasie jest nowo powstałe Schronisko górskie Uroczyszcze Komen. Dojdziemy tam.

Pokonujemy jeszcze 6 kilometrów. Na szlaku widzimy z daleka spacerującego starszego pana. Gdy się zbliżamy z daleka pokazuje nam, że tu kawałek jest schronisko. Idziemy. Wchodzę w drogę prowadzącą na skarpę pierwszy, żeby sprawdzić czy to tutaj jest schronisko. W potoku stoi mężczyzna i nabiera wody. Z przyzwyczajenia mówię “dobry deń” i dodaję.. “jesteś z Polski?” W odpowiedzi słyszę. “Dzień dobry.. Tak “.. Przedstawiam szybko sytuację. Jest nas dziesięć osób. Znajdzie się miejsce? Okazało się, że miejsce było, klimat niesamowity. Kuchnia, kąpiele w potoku. Spartańskie warunki dla nas były luksusem pełnym uroku. Marcin, który założył schronisko dopiero je rozwija. Mieliśmy okazję u niego gościć jako jedni z jeszcze nielicznych turystów. Miejsce na schronisko idealne. Pojechaliśmy samochodem do wsi Luhy. Kupiliśmy jajka, chleb, kiełbasę na ognisko i kilka piw. Szybkie ognisko i spanie pod dachem… Gorąco.

17 lipiec – Rachów

Pobudka, jajecznica na śniadanie. Główny cel na dziś to dostać się do Rachowa. Zejście drogą na przystanek jest tak monotonne, że korzystamy z pomocy Marcina i jego samochodu. Zwozi nasze plecaki na dół i nas samych na raty. Siedzimy wszyscy na przystanku pod sklepem. Marcin jest z nami przez kolejne dwie godziny, bo tyle przyszło nam czekać na autobus do Rachowa. Obserwujemy jak toczy się życie w górskiej wiosce.

W końcu jest autobus, Marcin omawia z kierowcą gdzie ma nas wysadzić. Szybkie pożegnanie i siedzimy w ciasnym, pełnym ludzi autobusiku. Ludzie są przyjaźni. Starsza kobieta proponuje, że możemy położyć jeden z plecaków jej na kolana. Jednak odmawiamy grzecznie, mówiąc, że jednak jest za ciężki. Następna godzina mija w autobusie w lokalnym klimacie.

 

Wysiadamy w Rachowie. Korzystając z możliwości jemy obiad w miejscu poleconym przez Marcina, uzupełniamy żywność i jak najszybciej w góry szukać miejsca na nocleg. Podejście jest ostre. Nabieramy wysokości. Cały czas nie możemy oderwać się od domów. Mieliśmy przejść tylko kawałek, a idziemy i idziemy. Brak dogodnego miejsca na nocleg. Na mapie typujemy miejsce gdzie przy szlaku bije źródło. Tam musimy coś znaleźć.

Idziemy kamienistą wybrukowaną drogą. Zastanawiamy się raz po raz.. Dokąd ona prowadzi. W końcu.. Jest źródło. Obok znajdujemy mały przesmyk który wprowadza nas na uroczą polankę. Jest idealnie, nawet miejsce na ognisko i przygotowane drewno. Tego dnia jednak każdy czuje spore zmęczenie i nie rozpalamy ognia. Kładziemy się spać.

18 lipiec – Madmax

“Tamarę obudził dziś o 4:00 jej mąż. Zaspana zerwała się z łóżka. Trzeba do pracy iść. Jagody zbierać. Zarobić dla siebie dzieci i męża. Nie zdążyła zjeść śniadania. W przelocie zjadła kromkę chleba i popiła mlekiem. Spieszyła się na samochód ciężarowy, który miał ją wraz z innymi zabrać w góry na zbiór jagód. Nie zabrała nawet chustki na głowę. Samochód ruszył jeszcze w ciemnościach. Jednak jadąc w górę robiło się jasno. Po kilkudziesięciu minutach koniec jazdy.. Zeskakujcie.. Bierzcie koszyczki i zbierajcie do pełna. Pełne koszyczki przynoście tutaj i ustawiajcie obok samochodu… Tamara wzięła kilka pustych koszyków i wraz z przyjaciółką poszła na oddalony nieco stok. Taka olbrzymia połać zarośnięta jagodami zapewnia zbiór w jednym miejscu przez wiele godzin. Słońce wzbijało się wyżej i wyżej. Robiło się gorąco co potęgowało jeszcze to, że na stoku był całkowity brak wiatru. Tamara raz po raz wrzucała garść jagód do ust. W pewnym momencie najpierw zrobiło jej się niedobrze, poczuła lekkie zawroty głowy. Nie zdążyła pomyśleć żeby na chwile usiąść i napić się wody. Upadła w krzewy z jagodami”…

Pobudka dla wszystkich była niejako automatyczna. Od samego świtu drogą, którą szliśmy jechały samochody, motory i inne dziwne ryczące pojazdy. Myśl która mnie obudziła to Madmax i jadące dziwne pojazdy. Przejazd trwał kilka godzin. Widzieliśmy ludzi załadowanych na tzw. pakę. Były motory, busiki, terenówki i inne dziwne konstrukcje. Wszyscy jechali w górę. Po śniadaniu ruszyliśmy za nimi. Dalej brukiem w górę. Upał dawał o sobie znać. Szliśmy wyżej i wyżej. Zjeżdżająca z góry samotna ciężarówka zatrzymuje się koło nas.. „Wy w dół czy w górę. Na dół mogę zwieść”. Szliśmy w górę więc podziękowaliśmy za propozycję.

Za kawałek naszym oczom ukazały się łagodne stoki gór z pasma Świdowca. Całe porośnięte krzewami jagód. Więc to tutaj wszyscy jechali. W wielu miejscach widać zaparkowane pojazdy i dosłownie setki ludzi zbierających jagody. Szliśmy powoli pozdrawiając napotkanych pracowników. Widzieliśmy kolejną górę w kształci kopuły i podjęliśmy decyzję, że ominiemy sam szczyt, a pójdziemy trawersującym szlakiem od lewej. W połowie trawersu minął nas chłopak na motocyklu. Za chwilę zobaczyliśmy go już sporo poniżej nas jechał też trawersem, ale już poniżej nas i w drugą stronę. W oczy rzuciła się nam dziewczyna biegnąca jakby na oślep po stoku. Chłopak motorem zatrzymuje się niedaleko od niej. Dziewczyna rzuca się na ziemię i coś krzyczy. Chłopak przyzywająco macha do nas ręką. Coś jest nie tak…

Zrzucamy plecaki. Część zostaje przy plecakach reszta rusza w dół. Zastajemy Tamarę, która wije się jak w szamańskim transie i jej panikującą przyjaciółkę w co najmniej 7 miesiącu ciąży. Potrzebny cień, rozkładamy nad dziewczyną folię NRC, polewamy ją wodą. Staramy się schłodzić, a zarazem uspokoić doskakującą przyjaciółkę. Chłopak z motorem został już przez nas wysłany po pomoc. Działamy jak na idealnie zgrany zespół przystało. Ocena sytuacji, wezwanie pomocy, koc termiczny, woda. Staramy się schładzać Tamarę. Widać, że jej stan się poprawia, ale dziewczyna jest w szoku. Słychać już pędzący samochód. Dociera do niej, że coś się stało ale nie wie co. Patrzy na nas ze zdziwieniem. Dobiegają jej inne koleżanki. Dopytują.. Tamara co ci? Tamara zaczyna coś mówić z sensem i tłumaczyć. Z samochodu przybiega mężczyzna.. „Tamara co tobie.. Chustku ty miała?.. Nie… Nie miała.” Mężczyzna dziękuję za pomoc i zabierają Tamarę na dół…

Do nas dociera, że udało się nam komuś pomóc. Wracamy do plecaków, chwila odpoczynku i ruszamy dalej. Mijamy kolejne góry spokojnie. Tego dnia końcową atrakcją jest bardzo strome zbocze na zejściu z jednej z gór. Po zejściu zaczyna padać. Siadamy pod świerkiem, gdzie nie dociera deszcz. Gdzieś tutaj niedaleko powinniśmy już się rozkładać na nocleg. Przestaje padać. Schodzimy pięćdziesiąt metrów w dół i widzimy świetne miejsce na biwak. Szybkie rozpoznanie okolicy potwierdza, że jest i woda w pobliżu. Rozkładamy namioty.

W pewnym momencie dociera do nas dźwięk dzwonków owiec. Po chwili wychodzą z lasu. Niesamowity widok jak przechodzą tuż przy nas. Odwiedziły nas także psy pasterskie z kolczatkami zamiast obroży. Prawdopodobnie jako ochrona przed wilkami. Przeszły owce… Poszły psy… Przybiegły konie. Huculskie ze źrebakami. Trochę młodego przestraszyło nasze rozwieszone pranie. Krótka końska awantura. Sceny niezwykłe. Konie kręciły się wokół nas całą noc.

19 lipiec – Bliźnica

Wstajemy wcześnie rano i widok zachwyca natychmiast. W dole widać morze chmur, a za górą czai się słońce żeby lada moment wyskoczyć i oświetlić nas swoim blaskiem. Magiczny spektakl w którym słońce gra główną rolę trwa kilka minut. Oświetla nas i robi się ciepło. Tego dnia czujemy, że zostaje nam coraz mniej drogi do pokonania. Ruszamy wolno. Małe podejście i widzimy co nas czeka. Podejście odkrytym terenem prosto w górę. Karol mówi: „ale sztajfa”… Później oznajmia, że przed podejściem czuł, że tego dnia ma wyjątkową moc i pokona to na luzie. Napiera w górę na przedzie.. W połowie drogi ogląda się i widzi wszystkich za sobą.. Co to za moc wyjątkowa.. Wszyscy ją mają… ! To podejście niektórzy uważają za najtrudniejsze, dało w kość.

Zdobywamy stoki Bliźnic, najpierw małej i wielkiej. Widoki bardziej łagodne niż Czarnohora. Jest piękna pogoda, tylko ten koniec tak blisko. Dochodzimy do miejsca gdzie musimy zacząć schodzić do Jasinii. Przechodzimy jeszcze przez tereny kurortów i wyciągów. Udaje nam się zjeść normalny obiad. Smakuje wybornie. Wcześniej uwzględniliśmy w planach, że mamy jeden dzień zapasu. Tak na „w razie co”. Okazało się, że zapas został i trzeba go wykorzystać. Po długim zejściu mrocznym lasem, dzięki wskazówce od pasterza znajdujemy ukrytą w lesie małą polankę. Wzdłuż niej płynie potok z kaskadami. Zostajemy tutaj na noc i postanawiamy też zostać kolejny dzień i noc.

20 lipiec – Odpoczynek

Doceniamy polankę. Idealna na odpoczynek. Odcięta od świata. Dojść można do niej tylko z jednej strony. Poznajemy okolicę, robimy pranie, kąpiemy się w potoku, budujemy ławeczki wokół miejsca na ognisko, zbieramy i tniemy drewno… Rzeźbię z kawałka drewna głowę jak to określiłem „Popa Ivana”.. Niektórzy mówią, że to rzeźba-autoportret. Takie zwykłe i zarazem niezwykłe życie w dziczy.. Dzień bardzo szybko mija.

Następnego dnia już będziemy w mieście… Niestety. Wieczorem robimy spore ognisko tak na pożegnanie z górami. Wymieniamy się swoimi przeżyciami i spostrzeżeniami z poprzednich dni. W ogniu płonie figurka posłańca wyrzeźbiona przez Karola, której powierzamy swoje marzenia. Spełnią się…

21 lipiec – Miasto

Rano zwijamy się z naszego miejsca odpoczynku. Zostawiamy dla następnych po nas ławki, przygotowane drewno i suchą podpałkę. Taki standard Crexa. Schodzimy powoli do Jasinii, gdzie odbiera nas Taras. Telefonicznie dajemy znać ratownikom, że wróciliśmy bezpiecznie.

Podróż do Ivano-Frankiwska mija szybko. Pożegnanie z Tarasem. Ostatnie wskazówki od niego, gdzie kupić mapy, gdzie warto zjeść, jak dojechać do AC2.. Czyli Awtastancja 2 skąd mamy autobus do Polski. Znajdujemy Hostel MIF i tutaj spędzimy ostatnią noc.

Wieczorem kręcimy się po mieście. Wracamy do hostelu gdzie kładziemy się spać w piętrowych łóżkach. Jest gorąco i duszno. W nocy pada co przynosi trochę chłodniejszego powietrza z zewnątrz. Niedawno dbaliśmy o to żeby w namiotach było nam ciepło. Tej nocy marzymy o lekkim chłodzie.

22/23 lipiec – Odjazd

Nie śpimy długo. Krzysiek pierwszy wychodzi do łazienki. Myślimy o śniadaniu. Karol kupuje mleko i ser. Prawdziwe mleko i prawdziwy ser. Nie w sklepie a, od pani na straganie. Robi do śniadania swojskie masło. Po śniadaniu zwiedzanie, obserwacja lokalnego życia, zakupy. Część nas je obiad na mieście, inni przygotowują coś swojego w hostelu.

Rozdzielamy się i umawiamy w różnych punktach miasta. Autobus rusza o 19:40. Wszyscy ciut jakby smutni że przygoda dobiega końca. Na AC2 jedziemy znowu małym autobusem. Tam czekamy na swoją godzinę odjazdu. Lokalny miejski survivalowiec zakłóca nasz spokój. Nagabuje o dwie hrywny, a to o papierosa, znowu hrywny… Nerwy puszczają i kończy mi się grzeczność. Karol spokojnie wyjaśnia gościowi żeby dał nam spokój i rozładowuje napiętą sytuację.

Po dziewiętnastej wsiadamy do autobusu i punktualnie zaczyna się podróż powrotna. Tak się złożyło że w oczekiwaniu na wjazd do Polski spędziliśmy na granicy około 9 godzin. To były bardzo długie godziny oczekiwania. Cała podróż powrotna była bardzo nużąca. Trwała ponad 28 godzin. Wszystko z małymi przerwami na stacjach.. Toaleta.. Kanapka.. a poza tym autobus no i autobus…. Nogi opuchły, wszystko obolałe od siedzenia. Około 23:00 wysiadamy w Bydgoszczy.. Koniec .. Warto było..

 

Marek

 

“Są ludzie i przygody dla których można iść na koniec świata. ” Misiek

“Przygotowania i forma są ważne. Ale to góry zweryfikują, ile warte są Twoja forma i odwaga. Na szlaku Twój umysł jest najważniejszym paliwem wyprawy. I grupa, która wspiera nienachalnie.” Ania

“Oczy moje głodne ukraińskich gór… zamykam je i nadal tam jestem” – Agata

 

https://www.facebook.com/crexat